Sport.pl

Ekstraklasa. Co dalej z Widzewem. Powrót do przeszłości?

Zamiast rywalizować jak równy z równym z Wisłą, Legią czy Lechem, Widzew zaczyna cofać się do początków wieku, kiedy był uosobieniem wszystkiego co najgorsze w polskiej piłce.
Kibice już zapomnieli o czasach, kiedy nie było tygodnia bez skandalu w drużynie, która jako ostatnia występowała w Lidze Mistrzów. Ogromne długi wobec piłkarzy, strajki, procesy, wyłączona woda czy prąd w budynku klubowym, brak pieniędzy na wyjazdy, zwalnianie trenerów za to, że wystawili nie tych zawodników, których chciał jeden z udziałowców. Skończyło się spadkiem do II ligi i spektakularnym bankructwem. Do dziś wrocławska prokuratura prowadzi śledztwo w sprawie działania na szkodę spółki.

Później była reaktywacja za sprawą Zbigniewa Bońka, awans do ekstraklasy, ale brak pieniędzy na więcej ponad przeciętność. A w Łodzi wiadomo, że Widzew albo gra o najwyższe cele, albo przestaje powoli istnieć. Wtedy pojawił się Sylwester Cacek, jeden z najbogatszych Polaków. Kupił większość udziałów i zadeklarował: - Nie interesują mnie mistrzostwa Polski, ale sukcesy w Europie.

Boniek: Nie mogłem tego firmować

Na konferencjach prasowych robił świetne wrażenie, bo nie mówił jak piłkarski działacz. Klub miał być jak bank (Cacek dorobił się fortuny, zakładając, a później sprzedając Dominet Bank), podzielony na departamenty, z mnóstwem pracowników, służbowymi samochodami i ładem korporacyjnym. Właściciel zapowiadał zbudowanie nowoczesnego stadionu na 30 tys. miejsc. Za własne pieniądze!

Na początku jednak przyjął mocny cios, bo wrocławska prokuratura zatrzymała Wojciecha Sz., który miał 12 proc. akcji klubu - w II lidze dawał pieniądze sędziom. Cacek przejął jego udziały.

Boniek został i miał odpowiadać za sprawy sportowe. Wytrzymał krótko. - Na posiedzeniach zarządu nawet nie dopuszczano mnie do głosu. Wszyscy znali się na piłce lepiej ode mnie. Nie mogłem tego firmować - tłumaczył.

Cacek i jego ludzie przejęli pełnię władzy. Na początek zwolnili trenera Michała Probierza, później zmienili prezesa (Władysław Puchalski - był człowiekiem Bońka). Nowy szkoleniowiec miał mieć doświadczenie, znać języki. Od razu zadeklarowano, że legenda klubu Franciszek Smuda nie ma szans, za to kryteria te spełniał Marek Zub, przyjaciel rodziny Cacków. Efekt był taki, że drużyna spadła z ligi, a jej właściciel nie zawahał się nawet przed zatrudnieniem Janusza Wójcika, choć wcześniej twierdził, że brzydzi się ludźmi zamieszanymi w korupcję i jako pierwszy wprowadził deklaracje antykorupcyjne.

Powrót do ekstraklasy trwał dwa lata (za pierwszym razem został zdegradowany przez PZPN). W 2010 roku Widzew w imponującym stylu wygrał I ligę, ale stracił trenera. Paweł Janas przyjął lukratywną ofertę Polonii Warszawa, bo miał dość wtrącania się działaczy do jego pracy i braku wpływu na transfery. Za te ostatnie odpowiadał dyrektor Zub. Nikt jednak nie przypuszczał, że może być gorzej niż sprowadzenie Fernando Arriero, którego jedyną zaletą było to, że zaczynał karierę w szkółce Barcelony.

Ale i Zub w końcu dał za wygraną. Zastąpił go Mateusz Cacek, syn właściciela. Na razie wsławił się podpisaniem kontraktu z Rumunem Bogdanem Stratonem. Podobno jego atutem była wysoka wycena na internetowej stronie Transfermarkt.de. Trener Czesław Michniewicz, na pytanie, co musi się stać, żeby Straton zagrał, odpowiedział: - Lepiej, żeby się nie stało!

Pycha władz Widzewa sprawiła, że z klubu wycofała się większość sponsorów. Został tylko sprowadzony przez Bońka i Puchalskiego Harnaś i firma Deante, której szef jest wielkim kibicem Widzewa. Programy przygotowane przez departament marketingu kończyły się na wyprodukowaniu broszur. Łódzcy biznesmeni, którzy są kibicami czterokrotnego mistrza Polski, otwarcie deklarują, że nie sponsorują klubu przede wszystkim z powodu arogancji jego szefów.

Jak przystało na korporację, duże znaczenie w Widzewie miała odgrywać rada nadzorcza. Zaproszono do niej m.in. Sławomira Lachowskiego, jednego z najważniejszych polskich bankowców (twórcę mBanku i byłego szefa BRE Banku), czy znanego w Łodzi specjalistę od zarządzania prof. Jana Jeżaka. Lachowski podał się do dymisji, gdy rada zajęła się... taktyką drużyny. Zasiadający w niej Mirosław Tłokiński, były piłkarz Widzewa, a obecnie dobry znajomy Sylwestra Cacka (obaj mieszkają w Szwajcarii), chciał zobowiązać trenera Janasa do gry dwoma napastnikami. Jeżak też odszedł.

Na obronę Sylwestra Cacka trzeba przypomnieć, że stracił rok z powodu degradacji, nie ze swojej winy. Dodatkowy sezon na zapleczu ekstraklasy kosztował go kilkanaście milionów złotych. I zniechęcił do inwestowania w piłkę. - Sylwester jest poważnym człowiekiem, ale szybko nudzi się tym, co robi - opowiada jego znajomy. Wygląda na to, że właściciel Widzewa ma dość.

Klub musi oszczędzać

Choć oddał władzę w klubie synowi, to po nie najlepszym początku sezonu zaczął działać. To na jego polecenie Andrzeja Kretka zastąpił Czesław Michniewicz. - Z prezesem Cackiem dogadaliśmy się bardzo szybko - opowiada Michniewicz. Później jednak wycofał się zupełnie, zostawiając Widzew synowi. I, co najważniejsze, zakręcił kurek z gotówką. Wcześniej, jeszcze w I lidze, przepraszał piłkarzy za trzydniowe spóźnienie z wypłatą. Teraz widzewiacy nie dostawali pensji przez trzy miesiące, a premii jeszcze dłużej. Na początku maja zastrajkowali, tak jak w czasie gdy właścicielami Widzewa byli Andrzej Pawelec i Andrzej Grajewski.

Mimo kłopotów przed ostatnią kolejką zespół miał nawet szansę na europejskie puchary. Skończył na dziewiątym miejscu, ale tacy gracze jak stoper Sebastian Madera, boczni obrońcy Dudu i Ben Radhia czy napastnik Piotr Grzelczak stali się gwiazdami ligi.

Piłkarze twierdzą, że to zasługa Michniewicza. Dlatego ogromnym zaskoczeniem było nieprzedłużenie z nim kontraktu. - Powodem były rozbieżności finansowe - twierdzą Mateusz Cacek i prezes Marcin Animucki. Ten ostatni podkreśla, że Michniewicz zasługuje na pieniądze, które chciał zarabiać, ale klubu na niego nie stać.

Jest jednak druga strona medalu. Piłkarze opowiadają o kartkach ze składem, które trener dostawał przed meczami. - Proszę trenera, by zdementował te informacje - mówił na konferencji prasowej prezes klubu. Michniewicz zbył to milczeniem. Po czym dodał: - Nie mówiłem o prezesie, bo przecież w zarządzie są trzy osoby.

Animucki nie kryje, że Widzew musi oszczędzać. - Musimy być przygotowani na wprowadzenie przed FIFA nowych reguł finansowania klubów [nie wolno będzie wydawać więcej, niż się zarabia] - twierdzi. Dlatego za wszelką cenę chce sprzedać Darvydasa Sernasa i pozbyć się kilku zawodników. W ostatnim czasie zwolniono większość pracowników, cięte są koszty. - Tak postępuje się wtedy, kiedy chce się sprzedać firmę - uważa jeden z łódzkich menedżerów. Podobno jest chętny - rosyjski koncern naftowy skłonny zapłacić 40 mln zł. - To mniej więcej tyle, ile Cacek włożył w klub - twierdzi menedżer. Do transakcji miałoby dojść jesienią, kiedy miasto oficjalnie zadeklaruje, że zbuduje Widzewowi stadion na ok. 15 tys. miejsc. Właściciel Widzewa chce jednak stadionu znacznie większego, bo dla 30 tys. widzów. Specjalne karty identyfikacyjne, które umożliwiają zakup biletu na mecze Widzewa, wykupiło już ponad 60 tys. ludzi, więc potencjał klubu jest naprawdę duży. Dlatego zadeklarował prezydent Hannie Zdanowskiej, że sam znajdzie pieniądze na trzy trybuny, a miasto zapłaci za jedną (na 9 tys. miejsc) i przebudowę dróg wokół stadionu.

Czy można w to wierzyć po wcześniejszych deklaracjach, że sam zbuduje obiekt...

Więcej o: