Final Four Ligi Mistrzów: PGE Skra Bełchatów chce zmienić historię

Mamy na rozkładzie Zenita Kazań i Trentino, więc dlaczego mielibyśmy nie wygrać finału Ligi Mistrzów - deklaruje Konrad Piechocki, prezes PGE Skry Bełchatów
Polska drużyna czeka na triumf w europejskim pucharze od 1978 roku. Wtedy Puchar Europy zdobył Płomień Milowice. W Bełchatowie twierdzą, że chcą zmienić historię. Mówią o tym jednak ciszej niż dwa lata temu. Wtedy też organizowali finałowy turniej Ligi Mistrzów, ale nie wytrzymali presji i przegrali pierwszy mecz.

Do niedawna do występów w siatkarskiej Lidze Mistrzów trzeba było tylko dokładać. Od trzech lat czołowe drużyny dostały nagrodę, jaką jest udział w klubowych mistrzostwach świata w Katarze. Tam za miejsce w trójce są spore sumy, jak na siatkówkę. Bo do piłkarskich nie można ich porównywać, skory zwycięzca - za każdym razem ten sam, czyli Trentino Volley - dostaje 250 tys. dolarów. PGE Skra zarobiła w ten sposób 350 tys., a Jastrzębski Węgiel 175 tys. dolarów.

Występy w Lidze Mistrzów mają więc znaczenie wyłącznie prestiżowe, dlatego nie wszystkich na to stać. W tym sezonie Grecy zgłosili do tylko Iraklis Saloniki, srebrnego medalistę. Ten klub jako jedyny chciał organizować finał Ligi Mistrzów, ale nie spełnił warunku, jakim jest wyjście z grupy. Dlatego szefowie europejskiej federacji (CEV) zapytali PGE Skrę, czy po raz trzeci nie zorganizowałaby najważniejszej imprezy. Wcześniej siedmiokrotny mistrz Polski był gospodarzem Final Four w 2008 i 2010 roku

Szefowie PGE Skry zgodzili się, ale wynegocjowali korzystniejsze warunki. Zamiast 200 tys. euro, wpłacili do CEV jedną czwartą sumy. To nie jedyne koszty, bo trzeba zapłacić za pobyt wszystkich finalistów, oficjeli, itp. - Tegoroczny turniej kosztował nas 1,5 mln zł - ujawnił Konrad Piechocki, prezes bełchatowskiego klubu. Z pewnością jednak PGE Skra do tego nie dołoży, choćby dlatego, że impreza jak zwykle w Polsce cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Blisko 20 tys. biletów na dwa dni sprzedało się już dawno. - Gdybyśmy mieli dwa razy większą halę [w łódzkiej Atlas Arenie jest 13 tys. miejsc - przyp. red.], to też byłaby pełna - uważa Piechocki.

Tak jak dwa i cztery lata temu szefowie najsilniejszego polskiego klubu słyszą zarzuty, że kupili sobie miejsce w finale. - Absolutnie nie brałem tego pod uwagę - podkreśla PIechocki. - Nie my wymyślaliśmy regulamin mówiący o tym, że organizatorem może być klub, który wyszedł z grupy i ma dwie wolne rundy. Trudno, żebym zwrócił się do federacji z prośbą o grę w fazie pucharowej, bo kilku ludzi w Polsce negatywnie to ocenia. Potwierdzeniem trafności tej decyzji było ogromne zainteresowanie.

W poprzednich finałach Ligi Mistrzów PGE Skra zajmowała trzecie miejsca. Zwłaszcza dwa lata temu zostało to odebrane jako zawód, bo oczekiwania były dużo większe. Bełchatowianie przegrali jednak w półfinale z Dynamem Moskwa. Cały turniej, tak jak rok wcześniej i rok później wygrało Trentino Volley, od trzech lat najsilniejszy klub na świecie. Teraz też jest faworytem, choć w grupie przegrał z Zaksą Kędzierzyn-Koźle, a w drugiej fazie play off z Lube Bancą Macerata. W rewanżach potentat pokazywał jednak, że była to tylko jednorazowa słabość.

W półfinale PGE Skra trafiła na rywala słabszego - Arkas Izmir. Wicemistrz Turcji w pierwszej rundzie pucharowej wyeliminował Zaksę (3:1 i 3:0), a w drugiej silny Lokomotiw Nowosybirsk. Jego gwiazdami są potężny Kolumbijczyk Liberman Agamez (208 cm wzrostu) i reprezentant Brazylii Joao Paulo Bravo. Są też dwaj Kanadyjczycy i Amerykański rozgrywający Kevin Hansen. Trenuje ich Kanadyjczyk Glenn Hoag, który dwa lata temu doprowadził do Final Four słoweński ACH Volley Bled.

PGE Skra jest faworytem półfinału, ale nadmierny optymizm studzi trener Jacek Nawrocki. - Arkas to bardzo silny zespół, doskonale zorganizowany. Nie przypadkiem pokonał Lokomotiw, a wcześniej Zaksę. Moim zdaniem dysponuje jedną z najlepszych zagrywek w Lidze Mistrzów - podkreśla.

Siatkarze twierdzą, że w tym roku podchodzą do finałowego turnieju znacznie spokojnie. - Dwa lata temu czuliśmy się finalistami i to nas usztywniło. Teraz się nie napinamy, co ma być, to będzie - twierdzi Daniel Pliński, środkowy PGE Skry. Zmianę podejścia potwierdza też trener. - Wtedy powtarzaliśmy sobie, że musimy wygrać. Teraz nasze wewnętrzne napięcie jest mniejsze. Nie myślimy o finale, ale wyłącznie o pierwszym meczu z Arkasem - dodaje.

Odważniejszy jest Piechocki, który deklaruje: - Chcemy wygrać Ligę Mistrzów. Jeszcze nigdy nie graliśmy z Arkasem, ale pokonywaliśmy jego gwiazdy w innych zespołach. Pozostałe zespoły mamy już na rozkładzie, więc dlaczego nie mielibyśmy tego powtórzyć.

Odważniejsi są rywale, zwłaszcza z Trentino. - Jedziemy, żeby jak w pokerze skompletować karetę pucharów - zapowiada Matej Kazijski, bułgarski skrzydłowy trzykrotnego zwycięzcy Ligi Mistrzów.

Program turnieju

Sobota: PGE Skra - Arkas Izmir, godz. 14.30, Trentino Volley - Zenit Kazań, godz. 17.30

Niedziela: mecz o trzecie miejsce - godz. 14.30, finał, godz. 17.30

Zobacz także
  • Dzięki Atlas Arenie Łódź stała się siatkarskim centrum świata. Mekka siatkówki
  • PGE Skra przed Final Four: Mniejsza presja, lepszy wynik?
  • Siatkarze Trentino Volley zagrają w Final Four Ligi Mistrzów bez loga sponsora. "To dyskryminacja"