Sport.pl

Mariusz Wlazły jakiego nie znacie: "Chcę dać dzieciom możliwość uprawiania sportu"

- Gdy byłem mały, chciałem uprawiać sport, lecz kilka razy mnie odrzucano. Wiem, jak czują się dzieci, które idą do klubu i nie zostają przyjęte. Ich świat się wali. Dlatego chcę dać im tę możliwość - mówi jeden z najlepszych polskich siatkarzy
Jarosław Bińczyk: Widziałem w telewizji, że podczas meczu charytatywnego w Szczecinie tańczyłeś na boisku z parasolką. Byłem w szoku, bo takiego Mariusza Wlazłego nie znałem.

Mariusz Wlazły: Ja też byłem w szoku. To był impuls. Dobrze czułem się na boisku, świetnie się bawiłem. Nie wiem, czy zrobiłbym to drugi raz. Następnego dnia przejechałem kilkaset kilometrów, by w Puławach zagrać w meczu piłki nożnej. Też charytatywnym.

W wielu halach w Polsce witają cię gwizdy. Czy poprzez fundację pomagającą dzieciom chcesz zmienić ten wizerunek?

- Nie po to ją powołałem. To ostatnia rzecz, o jakiej bym pomyślał. A co się tyczy gwizdów - to przykre, że nie szanuje się moich wyborów, a przecież miałem przykre doświadczenia z pewną organizacją...

... czyli z Polskim Związkiem Piłki Siatkowej?

- Tak. I to nie był pojedynczy przypadek, ale powtarzało się to wielokrotnie. W tym wszystkim jedno jest pozytywne: obecnie siatkarze reprezentacji są ubezpieczeni i w przypadku kontuzji dostaną rekompensaty. Pod tym względem moje działania warte były zachodu i tych gwizdów, które słyszałem. Ja takiej opieki nie miałem, dlatego musiałem się leczyć na koszt swój lub klubu.

Teraz pokazałeś drugą twarz: człowieka udzielającego się w akcjach charytatywnych, pomagającego dzieciom.

- Słowo pomagać to za dużo powiedziane. Chcę dać dzieciom możliwość uprawiania sportu. Zwłaszcza tym, które nie dostały się do klubu sportowego albo nie mają takiej szansy, bo mieszkają w miejscowościach, gdzie nie ma sekcji siatkarskiej.

Od kiedy się tym zajmujesz?

- Projekt powstał w ubiegłym roku, ale wtedy tylko raczkował. Nie wiedziałem, jak to ugryźć pod względem

formalnym, dlatego założyliśmy stowarzyszenie na bazie Uczniowskiego Klubu Sportowego. Działało ono przez cały rok szkolny. Chętnych było bardzo dużo, ponad 160 dzieci. Doszedłem jednak do wniosku, że w ten sposób nie uda się zrealizować wszystkich moich pomysłów. Trzeba było albo zmienić się w normalne stowarzyszenie, albo przekształcić w fundację. Prostsze było to drugie rozwiązanie. Projekt ewoluował. Na początku współpracowałem z ALPS Wadowice [Stowarzyszenie na rzecz Upowszechniania Kultury Fizycznej i Sportu - przyp. red.], które robi podobne rzeczy. W pewnym momencie jednak nasze drogi się rozeszły, bo mieliśmy trochę inne priorytety. Dla mnie ważne były inne aspekty.

Jakie?

- W Wadowicach działalność polega na wspieraniu klubów sportowych, organizacji. Ja chciałbym czegoś innego, bo nie chcę wchodzić w konflikty z profesjonalnymi klubami. Nie chcę, by ktoś zarzucił mi, że chcę im zabrać zdolne dzieci. Moim celem jest danie możliwości uprawiania sportu dzieciom, które nie mogą ćwiczyć w normalnych sekcjach. Skupiam się na amatorskiej siatkówce. Oczywiście, jeśli trafi się ktoś wybitnie uzdolniony, to może bez problemu odejść. To wszystko przypomina dawne SKS-y.

Po co ci to potrzebne?

- To bardzo trudne pytanie. Gdy byłem mały, chciałem uprawiać sport, lecz kilka razy mnie odrzucano. Wiem, jak czują się dzieci, które idą do klubu i nie zostają przyjęte. To normalne, bo wybierani są najlepsi, ale świat takiego młodego człowieka wtedy się wali. Chcę wyjść temu naprzeciw i pomóc tym odrzuconym.

Mariusz Wlazły zawsze był człowiekiem sprawiającym wrażenie niedostępnego, wręcz skrytego. I nagle okazuje się, że poświęca się dla dzieci.

- Myślałem o tym od czasu, kiedy po raz pierwszy nie znalazłem się w reprezentacji z powodu kontuzji kolana. Doszedłem do wniosku, że cała kariera jest bardzo krucha. Gdy wszystko jest OK, to ludzie o człowieku pamiętają. Klepią go po plecach, chwalą, że jest świetny. Gdy zaczynają się problemy, ktoś, kto pięć minut wcześniej był na piedestale, zostaje stłamszony i okrzyknięty czarną owcą. To niezbyt przyjemne doświadczenie, które wiele mnie nauczyło. Wtedy właśnie pojawiły się myśli, żebym zajął się poważniejszymi sprawami. Później dostałem propozycję współpracy z ludźmi z Wadowic, gdzie ta struktura jest już zorganizowana, gdzie wypracowano pewne mechanizmy. Bardzo im dziękuję za pokazanie kierunku. Stworzyłem wtedy UKS, w którym znaleźli się wszyscy zawodnicy Skry. Jedni poświęcali więcej czasu, inni mniej, ale zawsze mogłem na nich liczyć. Kolejnym krokiem naprzód była fundacja.

Ile dzieci może objąć program Volley Project?

- W powiecie wieluńskim nawet do 20 grup. W każdej powinno być po 12-15 dzieci od czwartej klasy szkoły podstawowej do końca gimnazjum. W Wieluniu mamy już wytyczone ścieżki i pewne rzeczy można automatycznie powtarzać. W innych ośrodkach stworzymy po dwie, trzy grupy. Postanowiliśmy, że udział w takich zajęciach będzie kosztował 20 zł miesięcznie, co bezpośrednio przekłada się na wynagrodzenie dla nauczyciela odpowiedzialnego i motywuje do systematycznego uczęszczania.

Gdzie te grupy będą trenować?

- W szkołach, dwa razy w tygodniu.

Jak dobierane są dzieci? Każdy może się zgłosić?

- Teraz są już chętni ze Zgierza i Łowicza, a także spoza województwa łódzkiego. Muszę jednak ograniczyć liczbę grup, bo po pierwsze, nie mam tyle pieniędzy, a po drugie, trudno byłoby to wszystko kontrolować. Obiecuję jednak, że program będzie rozszerzany. Marzy mi się działanie w całym kraju, ale na razie droga do tego jest daleka. Mam nadzieję, że w przyszłym roku obejmiemy tą inicjatywą całe województwo łódzkie.

Kto będzie prowadzić zajęcia?

- Nauczyciele, bo te zajęcia mają przypominać dawne SKS-y. Korzyści mają nie tylko dzieci, które się zgłosiły, ale i trenerzy. Trzy razy w roku mają szkolenia prowadzone przez doświadczonych szkoleniowców...

... i Mariusza Wlazłego.

- Nie, ja nie mam talentów pedagogicznych, dostatecznej wiedzy i predyspozycji, żeby zostać trenerem. Widzę się bardziej w roli organizatora. Ale na szkoleniu był na przykład Zbigniew Krzyżanowski, prowadzący kiedyś reprezentację Polski siatkarek.

Czy nazwisko Wlazły otwiera drzwi do sponsorów?

- Różnie... Mam nadzieję, że będzie ich przyciągać (śmiech ). Wydaje mi się, że moje nazwisko zachęca dzieci chcące grać w siatkówkę. Nie chciałbym wyjść na kogoś zarozumiałego, ale czuję, że dla dzieciaków bodźcem jest to, że się z nimi spotykam, trenuję, gram. Powiem tylko, że jestem chyba bardziej stremowany niż dzieci, do których mam coś powiedzieć. Naprawdę łatwiej mi mówić do kamery.

Ile cię to kosztuje?

- Bardzo dużo czasu. Pieniędzy też sporo (śmiech). Ale radość dzieci naprawdę wynagradza mi brak czasu dla rodziny. Gdy na turnieju jest 160 dzieci, które się bawią, to jest największa zapłata. Nie chcę, by to patetycznie zabrzmiało, lecz uśmiech na ich twarzy wszystko mi rekompensuje. Imprez, które organizowaliśmy, nie da się opisać. Trzeba przyjechać i zobaczyć zaangażowanie i postępy, jakie dzieci robią. Na początku rzucały piłką, teraz, po kilku miesiącach, już świetnie odbijają palcami.

A działalność charytatywna nie przeszkadza ci w treningach?

- Są dni, kiedy trzeba dłużej przysiąść przy komputerze, załatwić formalności. Do 30 października zbieramy zgłoszenia do programu Volley Project. Dlatego szukam koordynatora, który przynajmniej w części mnie wyręczy, będzie - może to brzydko zabrzmieć - mi tych grup pilnował. Mnie może nie starczyć czasu.

Działa już strona internetowa fundacji (www.fundacjawlazlego.pl).

- Miała wystartować na początku lipca, ale pewnych rzeczy nie można było przyspieszyć, jak choćby wpisu do KRS. Jeszcze nie jest kompletna, ale można znaleźć tam wszystkie informacje zarówno dla chcących stworzyć taką grupę, jak i dla firm mogących wesprzeć.

Czy przedsiębiorstwo chcące wspomóc fundację może liczyć na promocję poprzez wykorzystanie Mariusza Wlazłego?

- Tak, jestem przekonany, że będzie zadowolone ze współpracy. Na razie jesteśmy w trakcie rozruchu Volley Projectu. W przyszłości chciałbym też pomagać sportowcom, którzy z powodu kontuzji nie mogą kontynuować kariery.

To pomysł wzięty z własnych doświadczeń?

- Niestety, tak...

Skra ci pomaga?

- Tak, przede wszystkim wizerunkowo. Daje też coś bardzo ważnego, bo zaprasza dzieci na spotkania Ligi Mistrzów do Łodzi lub na ligowe do Bełchatowa. To dla nich wielkie przeżycie, bo mogą oglądać na żywo to, co wcześniej widziały tylko w telewizji. Sześć z siedmiu dotychczasowych grup działało na wsi, więc dla nich wizyta na meczu jest wielkim wydarzeniem. Poza tym to dla nich zachęta do pracy, bo przecież marzą o karierze sportowej. Skra dawała nam też gadżety. Teraz fundacja będzie już miała swoje pamiątki.

Więcej o:

PlusLiga 2019/20

lp. Drużyna Pkt Sety Zw. Por.
1 VERVA Warszawa 51 56:17 18 2
2 ZAKSA Kędzierzyn-Koźle 49 53:17 16 3
3 PGE Skra Bełchatów 46 50:19 15 4
4 Jastrzębski Węgiel 41 45:25 15 4
5 Trefl Gdańsk 28 38:36 9 10
6 GKS Katowice 28 42:43 9 10
7 MKS Ślepsk Suwałki 25 34:45 9 11
8 Cerrad Czarni Radom 25 35:41 8 11
9 Aluron Virtu CMC Zawiercie 21 27:42 7 12
10 Cuprum Lubin 21 30:48 7 14
11 Indykpol AZS Olsztyn 20 33:45 7 12
12 Asseco Resovia 20 29:45 6 13
13 MKS Będzin 19 29:45 7 12
14 BKS Visła Bydgoszcz 11 22:55 2 17

  • Półfinały
  • Ćwierćfinały
Komentarze (2)
Mariusz Wlazły jakiego nie znacie: "Chcę dać dzieciom możliwość uprawiania sportu"
Zaloguj się
  • z.kabuki

    Oceniono 22 razy 22

    Zesraj się a nie daj się! jesteś wielki!

  • qast

    Oceniono 10 razy 10

    Działanie godne wsparcia. Trzymam kciuki, zeby nie zabrakło wytrwałości

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX