PGE Skra Bełchatów. Mariusz Wlazły: Rywal może się podnieść [WYWIAD]

- Jeśli jakaś drużyna dysponuje mocną zagrywką, to lepiej mocno kopać i psuć, niż dać pograć przeciwnikowi - mówi Mariusz Wlazły po meczach z Jastrzębskim Węglem
Rozmowa z Mariuszem Wlazłym, kapitanem PGE Skry Bełchatów

Jarosław Bińczyk: Gratuluję powołania do reprezentacji Polski. Dał się pan jednak przekonać...

Mariusz Wlazły: Na ten temat będę rozmawiał dopiero po zakończeniu półfinałów PlusLigi. Teraz najważniejsze są dla mnie mecze z Jastrzębskim Węglem.

Prowadzicie w półfinale 2:0, ale w tym sezonie na wyjeździe nie wygraliście z żadnym półfinalistą.

- Już kiedyś mówiłem, że nasza drużyna może nie jest młoda pod względem wieku zawodników, ale istnieje od początku sezonu. Powtarzam więc, że najpierw musimy się siebie nawzajem nauczyć. Pamiętam, gdy przyszedł do Skry Miguel Falasca, to zgrywałem się z nim przez dwa lata. Podobnie jest teraz z Nico Uriarte. Nieźle się rozumiemy, ale wciąż nie jest to idealna współpraca.

Po statystykach tego nie widać. W ostatnich 13 meczach tylko dwukrotnie nie przekroczył pan 50-procentowej skuteczności.

- W 100 procentach zadowolony nie jestem. Czasami on wystawi mi za szybko, czasami ja idę do ataku za wolno. Szukamy na boisku, dlatego potrzeba nam czasu i cierpliwości, bo zawsze można coś ulepszyć.

Uriarte i Facundo Conte grają coraz lepiej, co przekłada się na wyniki.

- Nasza liga jest specyficzna, dlatego każdy obcokrajowiec ma w Polsce problemy z aklimatyzacją. Musiało upłynąć trochę czasu, żeby się przyzwyczaili do PlusLigi.

Wróćmy do meczów z Jastrzębskim Węglem. W drugim dominowaliście zdecydowanie. Dlaczego?

- Zawsze lepiej gra się po zwycięstwie niż po porażce. Przypominam, że niedzielny mecz mogliśmy przegrać, a wtedy mogło być różnie. Tak jak powiedział na konferencji Michał Łasko [kapitan Jastrzębskiego Węgla - przyp. red.], na pewno ważnym, jeśli nie najważniejszym, elementem była nasza zagrywka. My albo zagrywaliśmy bardzo mocno, albo psuliśmy. A wtedy trudno się przełamać i wrócić do swojej dobrej gry. My też to przeżywaliśmy w innych spotkaniach.

Kiedyś powiedział pan, że czasami lepiej popsuć serw, niż dać rywalowi piłkę do gry. To cały czas aktualne?

- Jeśli jakaś drużyna dysponuje mocną zagrywką, to lepiej mocno kopać i psuć, niż dać pograć przeciwnikowi. Tak robiliśmy w drugim meczu półfinałowym. Zrobiliśmy dużo błędów, ale ryzyko się opłacało. Często jednak jest inaczej, a wtedy lepiej serwować taktycznie i eliminować pewne opcje w ich ataku. W poniedziałek zawodnicy Jastrzębskiego Węgla chcieli nam dorównać i psuli jeszcze więcej zagrywek.

Po czterech spotkaniach półfinałowych nietrudno wskazać faworytów, bo PGE Skra i Zaksa Kędzierzyn-Koźle prowadzą po 2:0. Rywalizacja jest już rozstrzygnięta?

- Nie można tak powiedzieć, bo wszystkie cztery drużyny prezentują wyrównany poziom. W naszej parze może być różnie, bo Jastrzębski Węgiel nieraz pokazał, że potrafi się podnieść po niepowodzeniu. Tak było choćby w ostatnim finale Ligi Mistrzów, kiedy po przegranym półfinale w meczu o trzecie miejsce pokonał Zenit Kazań. To jest play-off i do awansu potrzeba trzech zwycięstw. Chciałbym, żeby nasza rywalizacja skończyła się już w Jastrzębiu, ale będzie ciężko.

Kolejne spotkanie PGE Skra rozegra w niedzielę o godz. 14.45 w Jastrzębiu-Zdroju

Zobacz także
  • Historyczny wyczyn siatkarzy PGE Skry Bełchatów: rywal bez bloku
  • Środkowy PGE Skry: "Pozostał najważniejszy krok do wykonania"
  • Finał o krok. PGE Skra Bełchatów rozbiła Jastrzębski Węgiel i prowadzi 2:0