PGE Skra Bełchatów: drużyna z charakterem i Pucharem Polski

W tym roku PGE Skra grała słabo, tracąc punkty ze słabszymi od siebie. Ale w Pucharze Polski pokazała, że wciąż jest silną drużyną z wielkim charakterem.
W 2005 roku PGE Skra niespodziewanie sięgnęła w Olsztynie po pierwszy w historii klubu Puchar Polski. Wygrana może nie była sensacją, ale z pewnością niespodziankę, bo bełchatowska potęga dopiero się rodziła. Siedem lat później drużyna cieszyła się z szóstego trofeum i wydawało się, że doścignięcie AZS Olsztyn, lidera w liczbie triumfów (7 wygranych), jest bliskie. Ale przez ostatnie trzy lata bełchatowianie nawet nie weszli do finału. A że w tym sezonie grali słabo, do Wrocławia nie jechali jako faworyt.

Już pokonanie Asseco Resovii w półfinale było niespodzianką, zwłaszcza że pierwszego seta mistrz Polski wygrał do 18. Później jednak dominowali już podopieczni Miguela Falaski, i to bardzo wyraźnie. Kapitalnie spisywali się Facundo Conte i Nicolas Marechal. - Dziś byliśmy drużyną - skomentował Andrzej Wrona.

Przed finałem jednak więcej szans dawano Zaksie, prezentującej ostatnio fantastyczną dyspozycję. W półfinale kędzierzynianie rozbili Lotos Trefl Gdańsk, a w PlusLidze przegrali w tym sezonie tylko raz. Swoje możliwości pokazali w pierwszej partii, pozwalając PGE Skrze zdobyć tylko 12 punktów. Bełchatowianie zostali stłamszeni, ale kolejny raz pokazali, że mają ogromny atut, jakim jest charakter. Już w spotkaniu ligowym wydarli Zaksie punkt, choć brakowało Srecko Lisinaca, a Mariusz Wlazły był chory.

We Wrocławiu podnieśli się błyskawicznie. Marechal nie grał tak skutecznie jak z Asseco Resovią, ale za to Conte szalał. Choć większość zagrywek kierowanych było w niego (w sumie 43!), przyjmował bardzo dobrze, a w ataku skakał tak wysoko, że trafiał piłką w boisko nad rękami Jurija Gladyra. Wlazły pokazał, że pogłoski o jego sportowej śmierci "są przesadzone". Znów był opcją nr 1 w ataku, dokładając do tego trzy bloki i kilka obron.

Od drugiego seta PGE Skra sprawiała lepsze wrażenie od rywali. I gdyby nie przestoje, w większości wymuszone silnymi serwami kędzierzynian i znakomitą grą w obronie, mogli nawet wygrać wcześniej niż w tie-breaku. Może to jednak i dobrze, bo dzięki temu kibice we wrocławskiej hali i przed telewizorami obejrzeli wspaniałą reklamę siatkówki. W czwartym secie Zaksa najpierw wygrywała 13:8, a później mogła się już czuć zwycięzcą, ponieważ miała dwa meczbole. Nie wykorzystała ich dzięki niesamowitym akcjom bełchatowian, walczących jak o życie. Bardzo dobrą zmianę dał Robert Milczarek, który w 2005 roku był najlepszym zawodnikiem finałowego turnieju. Wówczas grał jako skrzydłowy.

Ale w tie-breaku chyba nawet bełchatowscy kibice, których wielu przyjechało do Wrocławia, musieli zwątpić w sukces, bo przy zmianie stron Zaksa prowadziła 8:3. Przegrała, bo siatkarze PGE Skry pokazali siłę sportową i przede wszystkim mentalną. Nie przeszkodziła im nawet kontuzja mięśni brzucha Wlazłego, który w końcówce nie był w stanie grać. Zastępujący go Marcel Gromadowski zdobył jednak dwa superważne punkty: najpierw blokiem, a następnie przepychając piłkę po rękach Benjamina Toniuttiego. Okazało się, że nawet zachwycający polotem kędzierzynianie pod presją stają się nerwowi, a wtedy częściej niż zwykle się mylą. Dwa kolejne meczbole (pierwsze były w czwartym secie) późniejsi zwycięzcy obronili w niesamowity sposób: najpierw Conte skutecznie zaatakował, mimo że był daleko od siatki, a następnie Marechal zdobył punkt lewą ręką, choć nie jest mańkutem. W następnej akcji nie dał rywalom szans już prawą ręką, a mecz horror zakończył autowym zbiciem Sam Deroo.

PGE Skra wygrała, bo pokazała charakter i miała większe indywidualności od przeciwnika. Efektowny Toniutti pod presją stracił polot, a Deroo i Konarski mylili się w najważniejszych akcjach. W przeciwieństwie do Conte, Wlazłego czy Srecko Lisinaca, którzy - jak przystało na gwiazdy - zdobywali kluczowe punkty. Oby sukces oznaczał dla bełchatowskiej drużyny przełamanie, bo potencjał ma większy od Zaksy, ale w tym sezonie pokazywała go po raz pierwszy. W najważniejszym momencie, co dobrze rokuje na przyszłość.

Nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów PP dostał Wlazły, który jednak odbierając czek, sprawiał wrażenie zaskoczonego. Conte wybrano na najlepszego przyjmującego, a Lisinaca - blokującego. Czasu na świętowanie bełchatowianie jednak nie mają, bo już w środę zagrają z Asseco Resovią w PlusLidze.

<b>PGE Skra - Zaksa 3:2 </b>

Sety: 12:25, 25:23, 22:25, 28:26, 19:17

PGE Skra: Uriarte 2, Conte 23, Lisinac 11, Wlazły 22, Marechal 9, Kłos 4, Piechocki (libero) oraz Rodriguez, Janusz, Gromadowski 2, Wrona 5, Marcyniak, Milczarek (libero), Stanković

Zaksa: Toniutti 3, Deroo 18, Wiśniewski 8, Konarski 20, Tillie 4, Gladyr 15, Zatorski (libero) oraz Rejno, Buszek 16, Bociek, Czarnowski

PlusLiga 2019/20

lp. Drużyna Pkt Sety Zw. Por.
1 VERVA Warszawa 59 65:21 21 2
2 ZAKSA Kędzierzyn-Koźle 58 64:22 19 4
3 Jastrzębski Węgiel 48 53:31 17 6
4 PGE Skra Bełchatów 48 55:30 16 7
5 Trefl Gdańsk 35 46:41 11 11
6 GKS Katowice 32 47:53 10 13
7 Cerrad Czarni Radom 31 41:42 10 11
8 MKS Ślepsk Suwałki 28 38:49 10 12
9 Indykpol AZS Olsztyn 26 39:45 9 12
10 Aluron Virtu CMC Zawiercie 26 34:48 9 13
11 MKS Będzin 24 36:50 9 13
12 Cuprum Lubin 23 33:53 8 15
13 Asseco Resovia 21 32:57 6 17
14 BKS Visła Bydgoszcz 12 26:67 2 21

  • Półfinały
  • Ćwierćfinały