Trener Beef Master Budowlanych o sezonie: "Największym problemem był atak"

- Naszym największym problemem był atak. Jeśli któraś z zawodniczek zacinała się w tym elemencie, były problemy - mówi Adam Grabowski, trener Beef Master Budowlanych. Jego podopieczne zajęły siódme miejsce w Orlen Lidze
Maciej Nowocień: Siódme miejsce Budowlanych na koniec sezonu to...

Adam Grabowski: Na pewno nie można tego określić mianem "osiągnięcia". Nie zrobiliśmy za wiele, ale nie było też żadnej wpadki. Z pierwszą trójką nie ugraliśmy nic, bo zaledwie dwa wygrane sety w sześciu meczach to bardzo mało. Byliśmy więc zdecydowanie słabsi. Pokonaliśmy raz MKS Dąbrowa Górnicza. Przed sezonem takie rozstrzygnięcie każdy brałby w ciemno. Spotkania z Bielskiem, Legionovią i Muszyną kończyliśmy po tie-breakach. Trzy z nich wygraliśmy, a trzy przegraliśmy. Równie dobrze mogłoby być sześć porażek lub sześć zwycięstw. Z zespołami 9.-10., czyli Naftą Piła i Pałacem Bydgoszcz, na 12 możliwych punktów zrobiliśmy 11, czyli optymalnie. Zabrakło nam sprawienia kilku niespodzianek.

Nie można wygrywać z silniejszymi przy niskiej skuteczności. A to była bolączka Budowlanych.

- Naszym największym problemem był atak. Jeśli któraś z zawodniczek zacinała się w tym elemencie, były problemy. Gdy potrafiliśmy załatać tę dziurę, to graliśmy naprawdę dobrze. Ale jeśli nasze zawodniczki nie punktowały, to problem był tak duży, że notowaliśmy porażki.

Brakowało atakującej, która wzięłaby na siebie ciężar gry.

- Anita Kwiatkowska końcówkę sezonu miała rzeczywiście bardzo słabą. Ten zespół był tak skonstruowany, że mieliśmy szanse na zdobycie czegoś więcej, ale pod pewnymi warunkami. Musiało nam dopisywać zdrowie, czego niestety nie było. Po drugie, dyspozycja wszystkich zawodniczek musiała być wysoka. Nam zdarzały się wpadki, przykładowo Tabi Love rozegrała fantastyczny mecz, a w kolejnym prezentowała się słabo. Chciałem jej pomóc, ale nie wiedziałem jak. Rozmawialiśmy z nią, pytaliśmy, czy może przeciążyła się w siłowni czy na treningu. Na zajęciach świetnie się prezentowała, a w czasie meczu nie i nikt nie wiedział, dlaczego gra tak słabo. Jestem rozczarowany postawą Kanadyjki.

Zawód jest tym większy, że została, by wzmocnić siłę ataku.

- To prawda, ale trzeba wziąć poprawkę na to, że ona ma dopiero 22 lata. Radzenie sobie z presją nie było najsilniejszą stroną tej zawodniczki.

Najpewniejszym punktem Budowlanych była środkowa Sylwia Pycia.

- Sylwia punktowała dużo, ale miała też sporo słabszych występów. Robiliśmy podsumowania i mamy swoje rankingi. Najlepiej punktującą zawodniczką była Anita Kwiatkowska przed Natalią Nuszel i Tabi Love.

Ostatni mecz w sezonie Budowlane wygrały 19 stycznia z Legionovią.

- Rzeczywiście w końcówce trochę zgaśliśmy. Nie mogliśmy się odbudować. Co prawda szarpaliśmy się w ostatniej kolejce rundy zasadniczej z Muszynianką, przegraliśmy 2:3, choć w tie-breaku prowadziliśmy 12:10. Powinniśmy to wygrać, ale nie daliśmy rady. Jeśli chodzi o play-off, to o meczach z Sopotem nie ma co rozmawiać, bo rywalki się po prostu po nas przebiegły i nawet chyba nie zauważyły, że ktoś im się stawiał. Do spotkań z Muszyną o piąte miejsce byliśmy bardzo dobrze przygotowani. Walczyliśmy, ale rywalki miały Olę Jagieło, a my nie. Tak w skrócie można podsumować ostatnie mecze.

Był w tym sezonie mecz, po którym był pan zadowolony?

- Oczywiście, że tak, choć przegraliśmy. Mam na myśli spotkanie z Aluprofem Bielsko-Biała. Graliśmy bardzo dobrze. Z wyniku byłem niezadowolony, ale podobała mi się postawa zespołu na boisku. Nie daliśmy rady, ale był to nasz najładniejszy mecz.

W meczu z Aluprofem, o którym pan mówi, przegraliście, mimo że wygrywaliście już 2:0. Jak dziesięciominutowe przerwy wpływały na pana zawodniczki?

- Z Bielskiem akurat przegraliśmy, prowadząc 2:0, ale z kolei z Legionovią przegrywaliśmy 0:2 i pokonaliśmy ją po tie-breaku. To działa w dwie strony. Ciężko powiedzieć, jak przerwa przekłada się na grę, bo w szatni mogą się wydarzyć różne rzeczy. Mieliśmy kilka wyników 3:0 czy 3:1 i te przerwy ani nie pomogły, ani nie zaszkodziły. Jestem za tym, żeby je zostawić. Bo bez marketingu nie funkcjonujemy.

Agata Durajczyk, libero Budowlanych, została powołana do reprezentacji Polski. Długo rozmawiał pan na jej temat z selekcjonerem Piotrem Makowskim?

- To była decyzja Piotra. Cieszę się, że docenił tę zawodniczkę. Rozmawialiśmy na jej temat, ale nie próbowałem go namawiać. Zwracaliśmy uwagę na jej charakter. To bardzo pracowita i waleczna zawodniczka. Rzadko zdarza się, żeby siatkarka nie użalała się nad sobą, ale ciężko pracowała. Taka jest właśnie Agata. Nie ma u niej słabych dni. Lubię takie charaktery na boisku i to zaprocentowało powołaniem do kadry.

Gdyby nie kontuzja środkowej Aleksandry Sikorskiej, w Budowlanych mogłyby być dwie kadrowiczki?

- Bardzo możliwe, że Ola też byłaby w szerokiej kadrze. Na ubiegłorocznej Uniwersjadzie była najlepiej blokującą zawodniczką naszej reprezentacji. W Budowlanych też prezentowała się bardzo dobrze. Cóż, większość sezonu z powodu kontuzji przesiedziała na trybunach lub trenując indywidualnie. Żaden trener nie podejmie więc ryzyka powołania jej do kadry.

Któraś z zawodniczek Budowlanych była jeszcze brana pod uwagę przez Piotra Makowskiego?

- Rozmawialiśmy o Natalii Nuszel. Ona jednak przez trzy lata siedziała na ławce rezerwowych, więc teraz chyba musi pograć trzy lata, by naprawdę zaistnieć (śmiech ). Za nią jednak dobry sezon, jeśli go powtórzy, może dostanie powołanie w następnym.

Kończy się rywalizacja o złoto Orlen Ligi. Chemik Police prowadzi z Impelem Wrocław 2:0. Czy coś się może jeszcze zmienić?

- Nadzieja umiera ostatnia. Chociażby finał, który ja przerabiałem w ubiegłym roku, pokazał, że można to wszystko odwrócić [prowadzony przez Grabowskiego AStom Trefl pokonał MKS Dąbrowa Górnicza 3:2, choć po dwóch meczach przegrywał 0:2 - przyp. red.]. Wydaje mi się, że Impel nie wykorzystał szansy w pierwszym meczu, kiedy w każdym secie wygrywał, ale słabiej zagrał w końcówkach. To może go sporo kosztować. Zdarza się jednak, że jedna czy dwie akcje dadzą drużynie taki impuls, że racjonalne myślenie bierze w łeb. Chemik wygląda jednak na taki zespół, który wie, po co wychodzi na boisko...