Górnik Łęczna - PGE GKS Bełchatów 1:1, czyli beniaminek zatrzymał beniaminka

Nie broniąca tytułu Legia, nie doświadczona w ekstraklasie Korona, a dopiero beniaminek z Łęcznej znalazł sposób na zatrzymanie PGE GKS Bełchatów. I zatrzymał go zasłużenie.
PIŁKA NOŻNA. Choć w Łęcznej zmierzyli się beniaminkowie, obie drużyny mogły się pochwalić zdobyciem w dwóch pierwszych kolejkach aż 10 punktów. Większe powody do zadowolenia mieli w GKS, który nie dość, że wygrał mecze z Legią i Koroną, to na dodatek jako jedyny w ekstraklasie nie stracił jeszcze gola. Co więcej, podopieczni Kamila Kieresia wiedzieli, że w przypadku kolejnego zwycięstwa zostaną samodzielnym liderem, bo w weekend pierwsze punkty straciła Pogoń Szczecin. Grać było więc o co...

GKS po zwycięstwo zamierzał sięgnąć w tym samym składzie i z tą samą taktyką co do tej pory. Że było to dobre założenie, przekonaliśmy się bardzo szybko, bo już w 7. min goście objęli prowadzenie. Tradycyjnie główny udział przy bramce mieli bracia Makowie. Najpierw Mateusz do spółki z Adrianem Bastą rozklepał obronę Górnika na prawym skrzydle, a po chwili ten pierwszy wyłożył piłkę zamykającemu akcję Michałowi, który mierzonym strzałem posłał ją do siatki. Co warte podkreślenia, w bliźniaczy - nomen omen - sposób wpadł gol na 2:0 w poprzednim meczu z Koroną, ale wtedy to Michał podawał Mateuszowi. Bardzo podobnie padł też zwycięski gol z Legią. Widać, że oskrzydlające akcje GKS są bardzo dobrze wyćwiczone. I jak na razie przynoszą efekty.

Wracając do spotkania w Łęcznej - choć w dalszych minutach GKS wyraźnie przeważał w posiadaniu piłki, niewiele z tego wynikało. Wyczuleni na braci Maków Górnicy starali się nie pozostawiać im zbyt wiele wolnego miejsca, co mocno ograniczyło możliwości gości. Trzeba też przyznać, że w porównaniu z wcześniejszymi spotkaniami tym razem zdecydowanie rzadziej podchodzili pod rywala z wysokim pressingiem. Efekt? Coraz więcej do powiedzenia miał beniaminek z Łęcznej, który jeszcze przed upływem pół godziny stworzył dwie kapitalne okazje do wyrównania. Najpierw w 18. min idealnie wyłożonej piłki przez Fedora Cernycha nie wykorzystał jednak Mirosław Bożok, a 10 min później ten pierwszy zmarnował jeszcze lepszą okazję po podobnym podaniu od Grzegorza Bonina.

Jak się okazało, do trzech razy sztuka... W 40. min dawny instynkt snajpera obudził się w Łukaszu Mierzejewskim, który na piątym metrze skutecznie zamknął akcję po podaniu Bonina. Jeden celny strzał z obu stron wystarczył więc, by obie drużyny schodziły na przerwę przy bramkowym remisie.

W drugiej części gry giekaesiacy dalej nie byli w stanie przeciwstawić się Górnikowi i to on miał inicjatywę. Choć jego akcje oskrzydlające często zapowiadały się bardzo groźnie, zazwyczaj kończyło się jednak na strachu. W polu karnym brakowało bowiem kogoś, kto jedno z licznych dośrodkowań potrafiłby zamienić na brankę. A GKS? GKS grał bez polotu, nie mając pomysłu na zagrożenie bramce gospodarzy. Paradoksalnie jego jedyne szanse rodziły się... z przewagi Górnika, który - grając coraz wyżej - stwarzał bełchatowianom okazje do kontr. Ale podobnie jak w przypadku prób gospodarzy, kończyło się na strachu.

Ostatnie minuty były bardzo gorące. W 90. min piłki meczowej nie wykorzystał Shpetim Hasani, fatalnie pudłując po strzale głową z piątego metra. Chwilę potem emocje przeniosły się na środek boiska, gdzie Bartosz Ślusarski zbyt ostro próbował wyrwać się Tomislavowi Bożiciowi i za uderzenie rywala łokciem otrzymał czerwoną kartkę. GKS stracił więc i kluczowego zawodnika, i pierwsze punkty, ale nie stracił miana niepokonanego. Jego seria bez porażek w ekstraklasie trwa już 11 spotkań.

Górnik - PGE GKS (1:1)

Bramki: Mierzejewski (40.) - Michał Mak (7.)

Górnik: Rodić - Mierzejewski, Szmatiuk, Bożić, Mraz - Bielak Ż, Kaźmierczak - Bonin (81. Szałachowski), Nowak, Bożok - Cernych Ż (78. Hasani)

PGE GKS: Malarz - Basta, Telichowski, Baranowski, Norambuena - Baran, Rachwał Ż (78. Rachwał) - Mateusz Mak (84. Mójta), Poźniak (67. Komołow), Michał Mak - Ślusarski CZ