Po porażce PGE GKS z Lechią: Minimalizm nie popłaca

Piłkarze z Bełchatowa wyszli na mecz z Lechią z myślą, by przede wszystkim nie przegrać. I właśnie dlatego przegrali.
PIŁKA NOŻNA. Przed tygodniem bełchatowianie przerwali wreszcie trwającą ponad cztery miesiące serię spotkań bez zwycięstwa. Po siedmiu meczach z dwoma punktami ekipa Kamila Kieresia zgarnęła wreszcie komplet, a do tego w wygranym starciu z Wisłą Kraków po raz pierwszy w sezonie zdobyła trzy bramki. Gdy na sobotni pojedynek w Gdańsku wyszła ta sama jedenastka, można było więc liczyć, że gra podbudowanego GKS będzie wyglądać równie dobrze, jeśli nie lepiej. Niestety, tak nie było...

Beniaminek zagrał bowiem na PGE Arenie bardzo bojaźliwie, a głównym zadaniem, jakie mu przyświecało, było nie stracić bramki. Po kiepskim starcie rundy, gdy o stracie punktów decydowały błędy z pierwszych 30 minut gry, można było zrozumieć, że GKS nie rzuca się od pierwszego gwizdka na rywala. Ale gdy myśl o zabezpieczeniu swojej bramki, a nie zdobyciu gola, dominuje cały czas, to jest to już spora przesada. Zwłaszcza, gdy gra się z przeciwnikiem, który w tabeli jest pod nami i który wiosną jeszcze nie wygrał. Oczywiście można tłumaczyć, że w konstruowaniu akcji przeszkadzał beznadziejny stan murawy, ale gospodarzy do ataków jakoś ona nie zniechęcała. GKS chciał po prostu ten mecz zremisować i za swoją minimalistyczną postawę zapłacił.

- Z przebiegu gry to był mecz na remis - ocenił Kiereś. Trudno się jednak z nim zgodzić, bo statystyki wyraźnie pokazują, że było inaczej. Lechia miała dwa razy więcej dośrodkowań, siedem razy więcej rzutów rożnych, a przede wszystkim - aż cztery razy więcej strzałów (20:5). Co prawda większość z nich nie stanowiła większego zagrożenia, ale to wyraźnie pokazuje, że na zdobyciu trzech punktów w sobotę zależało tylko jednemu zespołowi.

Paradoksalnie niewiele jednak brakowało, by to giekaesiacy cieszyli się z prowadzenia. W 67. min genialną okazję do otworzenia wyniku zmarnował bowiem Arkadiusz Piech, który po przepięknym podaniu od Kamila Wacławczyka, tak długo zastanawiał się nad wyborem rogu bramki, że spudłował. - To była dwustuprocentowa sytuacja, ale jej nie wykorzystaliśmy. A jak wiemy, w piłce niewykorzystane okazje się mszczą - przyznał po meczu Kiereś.

Na myśli miał sytuację z 80. min, gdy Antonio Colak po zamieszaniu w polu karnym dał Lechii bramkę na wagę trzech punktów. Można dyskutować, czy chwilę przed strzałem napastnik gdańszczan nie faulował Grzegorza Barana, którego lekko odepchnął ręką, gdy ten wyskoczył do piłki. Po meczu pomocnik GKS zarzekał się, że faul był, a Colak - że go nie było. Sędzia najprawdopodobniej popełnił jednak błąd, bo w walce w powietrzu nawet lekkie pchnięcie może kompletne wytrącić z równowagi. Winić jednak za porażkę decyzję Pawła Gila byłoby niesprawiedliwe. Winę za porażkę ponosi przede wszystkim ledwie pięć oddanych strzałów, atakowanie góra trójką, czwórką zawodników czy przywiązanie ofensywnie do tej pory grających bocznych obrońców (Adrian Basta i Adam Mójta) do własnej połowy.

Po porażce w Gdańsku GKS znów wypadł z górnej ósemki tabeli ekstraklasy. Jeśli chce do niej wrócić, musi zapamiętać, że minimalizm nie popłaca.

Lechia - PGE GKS 1:0 (0:0)

Bramka: Colak (80.)

Lechia: Bąk - Wojtkowiak, Janicki Ż, Gerson, Wawrzyniak Ż - Vranjes (73. Grzelczak), Borysiuk Ż, Makuszewski Ż, CZ 88., Mila (65. Wiśniewski Ż ), Nazario - Friesenbichler (46. Colak)

GKS: Trela - Basta Ż, Flis, Baranowski, Mójta Ż - Rachwał, Baran - Mak (81. Wroński), Wacławczyk (81. Komołow), Małkowski - Piech (81. Olszar)