PGE GKS. Kamil Kiereś będzie ratował ekstraklasę dla Bełchatowa

Kamil Kiereś od czwartku ma ponownie poprowadzić PGE GKS Bełchatów. Na stanowisku zastąpi Marka Zuba
Kompromitująca porażka w Gliwicach nie pozostawiła szefom bełchatowskiego klubu wyboru i natychmiast po powrocie ze Śląska trener Marek Zub został zwolniony. Szkoda, że tak późno, bo sytuacja drużyny jest już dramatyczna. We wtorek przeciętnie grający Piast strzelił beniaminkowi aż sześć goli. Stracił trzy, co pokazuje, że była szansa na korzystny wynik. Zresztą nawet przy prowadzeniu gliwiczan 2:1 kibice gwizdali na swoich piłkarzy. Goście zagrali jednak praktycznie bez obrony, a Błażej Telichowski zachowywał się tak, jakby chciał pomóc Kamilowi Wilczkowi w zdobyciu tytułu króla strzelców ekstraklasy. Szkoleniowiec PGE GKS kolejny raz nie potrafił zareagować. Do tego nie dał wyboru nawet swoim największym zwolennikom (choć zapewne było ich niewielu), mówiąc po spotkaniu, że wynik przybliżył drużynę do spadku. To oczywiście prawda, ale akurat od trenera trzeba oczekiwać przynajmniej urzędowego optymizmu.

Zub potwierdził, że motywatorem nie jest. Nic dziwnego, że jeszcze w nocy usłyszał, że może spakować swoje rzeczy i zostawić zespół. Okazało się, że sukcesy w lidze litewskiej nie oznaczają, że ktoś jest fachowcem, podobnie jak ten, kto go polecił. Szkoda tylko, że decyzja o dymisji zapadła o trzy dni za późno, bo wtedy byłaby szansa na korzystny wynik. A dokonania Zuba w Bełchatowie są tragiczne: dwa remisy i sześć porażek (bramki 7-20). Jeszcze gorsza od wyników jest gra drużyny, w której nie było widać żadnej myśli.

Mimo dramatycznych wyników nie wszystko jest jeszcze stracone. Do zajmującej 14. miejsce Korony Kielce PGE GKS traci tylko cztery punkty i gra z nią na swoim stadionie, podobnie jak z przedostatnim w tabeli Zawiszą Bydgoszcz. Problem jednak w tym, że bez trenera drużyna niczego nie zrobi, a kandydatów na ratowników desperatów trudno znaleźć. Większość dobrych trenerów albo ma pracę, albo nie chce psuć sobie CV. Rozwiązania były dwa: oddać stery Andrzejowi Orszulakowi, dotychczasowemu asystentowi, lub wrócić do Kamila Kieresia, narażając się na śmieszność. Lepiej jednak przez chwilę narazić się na drwiny, ale zachować nadzieję na pozostanie w ekstraklasie. To ostatnie rozwiązanie narazi szefów klubu na śmieszność, ma jednak więcej zalet niż wad. Po pierwsze, Kiereś to człowiek związany z PGE GKS emocjonalnie. Po drugie, to on stworzył obecną drużynę, wskazał zawodników, których sprowadzono zimą. Gdy pojawiły się problemy, honorowo wziął na siebie odpowiedzialność i zrezygnował z funkcji. Poza tym doskonale zna możliwości piłkarzy i w odróżnieniu od Zuba nie będzie trzymał w głębokiej rezerwie najlepszego rozgrywającego, jakim jest Kamil Wacławczyk, czy pomijał Bartosza Ślusarskiego, wyżej stawiając chimerycznego Sebastiana Olszara. Wreszcie po trzecie, wciąż jest pracownikiem klubu, co w sytuacji finansowej spółki ma duże znaczenie. Nie trzeba bowiem szukać wielkich pieniędzy na kogoś z zewnątrz, nie mając żadnej pewności, czy nie powtórzy się sytuacja z Zubem.

Kiereś ma objąć zespół w czwartek. Ma cztery dni do najbliższego meczu, bo z Ruchem w Chorzowie bełchatowianie zagrają dopiero w poniedziałek. Nie sprawi, że zawodnicy będą szybciej biegać, celniej strzelać, ale jest w stanie ich zmotywować i zmobilizować. Jeśli uda mu się utrzymać PGE GKS, naprawdę zapisze się wielkimi literami w historii klubu. Sytuacja jest bowiem zła, ale jeszcze nie beznadziejna. Mimo wysokiej porażki w Gliwicach piłkarze pokazali charakter. Waleczności i zaangażowania nie można im odmówić. Zabrakło przede wszystkim kogoś, kto umiejętnie pokierowałby drużyną, krzyknął z boku i wreszcie wyciągnął wnioski. Plus jest taki, że w Chorzowie nie będzie Telichowskiego, więc Ruch nie będzie dostawał prezentów.