Rafał Ulatowski, trener PGE GKS Bełchatów: "Drugi raz w tej samej rzece"

- Nawet w snach nie marzyłem, że ponownie wrócę na stare śmieci do Bełchatowa - mówi Rafał Ulatowski, trener PGE GKS Bełchatów
Jerzy Walczyk: Przez dwa lata nie było pana na ławce trenerskiej. Długo...

Rafał Ulatowski: Zgadza się, ale bardzo się cieszę, że wróciłem akurat do Bełchatowa. Po czasie człowiek docenia to, co stracił... I tak jest w moim przypadku. Odszedłem z GKS, bo wydawało mi się, że zwojuję świat. Jednak życie to boleśnie zweryfikowało. Gdy wraca się do dorosłej piłki po długiej przerwie, jest się szczęśliwym, że znów jest się w grze. Mam teraz kolejną szansę, którą na pewno wykorzystam. Tym bardziej że aklimatyzacja w nowym miejscu pracy przebiegła błyskawicznie, zaledwie 30 minut.

Na początku kariery uważany był pan za złote dziecko polskiej myśli trenerskiej. Życie pokazało, że było to określenie mocno na wyrost.

- Powiem tak: uczynię wszystko, aby nie być już dzieckiem, ale młodzieńcem. Przyjmijmy, że pracujemy do 70. roku życia. Ja mam teraz 42 lata, czyli przede mną jeszcze wiele lat. Nadal mam w sobie wiele chęci, wiele entuzjazmu, już nie jako dziecko, ale jeszcze nie jako starzec. W GKS jest fajny projekt. Chcemy zrobić z klubu miejsce, w którym młodzi piłkarze będą się rozwijać. Mam zgodę zarządu klubu i głównego sponsora na zmiany i jestem przekonany, że nasz projekt przyniesie efekty. Być może nie w pierwszym roku, ale w drugim lub trzecim.

Dlaczego w ostatnich trzech klubach - Lechii Gdańsk, Cracovii i Miedzi Legnica - ponosił pan porażki? Wraca pan do tego?

- Oczywiście, że wracam. Najważniejsze w pracy trenera jest wygrywanie. Ja niestety nie wygrywałem, bo po prostu źle wybierałem. Teraz myślę, że należało siedzieć na tyłku w Bełchatowie, ale skusiła mnie perspektywa innego klubu, innego miasta. Chciałem się pokazać, ale życie mi udowodniło, że nie miałem wtedy atutów. Oczywiście, że popełniałem błędy. Przecież tylko ten, kto nic nie robi, nie myli się. Wyciągnąłem wnioski, mam teraz inne spojrzenie na piłkę, bardziej szersze na pracę z zawodnikami, inaczej podchodzę do wielu spraw. Kiedyś był we mnie młodzieńczy entuzjazm, a dzisiaj stałem się bardziej dojrzałym szkoleniowcem. Dokładnej patrzę także na charaktery piłkarzy, z którymi muszę pracować. W Bełchatowie otrzymałem możliwość dobierania sobie zawodników. Ktoś, kto chce tylko zarabiać pieniądze, a w zamian niewiele daje, w mojej drużynie nie znajdzie miejsca.

Który z trzech ostatnich pana klubów był największą pomyłką?

- Przed nimi pracowałem w klubach, które były zarządzane przez spółki skarbu państwa. Była w nich rada nadzorcza, ale sam podejmowałem decyzje. Wiedziałem, jak mam pracować, aby uzyskać dobry wynik. Przy prywatnym właścicielu, a do tego głównym dobrodzieju klubu, mającym swoją wizję prowadzenia zespołu i - co gorsze - wyboru kadry, czasami praca przypominała zderzenie ze ścianą. Mówi się, że po moim odejściu drużyny wreszcie zaczynały lepiej grać, ale był to tylko efekt nowej miotły. Być może moim przeznaczeniem jest więc praca tylko w klubach sponsorowanych przez spółki skarbu państwa...

Trenera bronią wyniki, a z ostatnich 21 spotkań ligowych pan wygrał zaledwie dwa i cztery zremisował.

- Zgadza się, ale doliczmy też mecze w Pucharze Polski. Nie wstydzę się tego wyniku. To już jednak przeszłość. Wiem, co mam teraz osiągnąć, wiem, gdzie jestem, ale potrzebuję czasu, aby przyszły dobre wyniki. Pierwszy ważny sprawdzian już 1 sierpnia [wtedy zaczynają się rozgrywki w I lidze - przyp. red.], ale pamiętajmy, że w tym meczu może zagrać najwyżej jeden, a może dwóch zawodników z poprzedniego sezonu.

Znany jest pan z twardego prowadzenia zespołu. Wyrzucił pan z drużyny Miedzi Artura Marciniaka, co spowodowało bunt zespołu przeciwko panu, i szybko stracił pan lukratywny kontrakt.

- Wszyscy mówią mi, że dla zawodników jestem zbył łagodny. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Mam nadzieję, że dla graczy GKS będę autorytetem i przy mnie będą chcieli podnosić swoje umiejętności.

Widać u pana nadal optymizm. Wierzy pan, że GKS szybko powróci do ekstraklasy?

- Oj nie, nie jesteśmy faworytem rozgrywek. Powiem tak: teraz nawet o tym nie myślimy. Naszym celem jest budowa podstaw drużyny, która po awansie do ekstraklasy nie spadnie z niej po roku. Dwa ostatnie epizody takie były. Drużyna naszpikowana doświadczonymi zawodnikami, awansował, aby po roku wrócić do I ligi. Chcemy tego uniknąć, stad projekt zbudowania zespołu opartego na młodzieży, która będzie chciała rozwijać się w Bełchatowie. Na piłkarskim rynku jest mnóstwo takich zawodników. Wiadomo, że samymi młodymi celu nie osiągniemy, dlatego musimy mieć w kadrze trzech, czterech doświadczonych piłkarzy, z dobrą ligową przeszłością, aby w trudnych momentach brali na siebie ciężar gry.

Działacze wyznaczyli już panu konkretny cel?

- Dali mi czas na spokojny rozwój i pracę. Ale nie zapominam, że w profesjonalnej piłce trener rozliczany jest z efektów. Wiadomo, że nikt nie będzie patrzył na to, że w drużynie mamy sporo młodych zawodników, więc mogą pojawić się jakieś niedociągnięcia. Od pierwszego meczu musimy więc gromadzić punkty i przede wszystkim grać bardzo ambitnie.

Były inne propozycje pracy niż z GKS?

- Miałem oferty z pierwszej, drugiej ligi, ale nie gwarantowały mi stabilności pracy. Dzwonił do mnie prezes klubu, który w krótkim czasie zmienił czterech trenerów. To był sygnał, że ja będę tym piątym. Wolę płakać, niż znów krótko pracować. Przyznam, że nawet w snach nie marzyłem, iż ponownie wrócę na stare śmieci do Bełchatowa.

Nie jest panu przykro, że w ŁKS nikt nie chciał skorzystać z pana wiedzy?

- Nie powiem, że z klubu z al. Unii nikt do mnie nie dzwonił... Wróciłem jednak do fajnego miejsca, w którym się doskonale czuję. Nie wierzę, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki.