Łódź Maraton Dbam o Zdrowie. Rekordowa liczba biegaczy, wspaniała atmosfera... a kibicować się uczymy

Tysiące zawodników pobiegło ulicami Łodzi w Maratonie Dbam o Zdrowie. Kibiców było dużo mniej. - Nie szkodzi. O maratonach w Nowym Jorku czy Londynie wie cały świat. Łódzki dopiero się rozkręca - pociesza pan Andrzej, który stał przy trasie i bił brawo każdemu biegaczowi
- Nazywam się Paweł Mej. To będą moje 51. zawody, które pokonam na boso. W sobotę biegłem w Częstochowie, za tydzień startuję w Warszawie. Twardy ze mnie chłop! - odgrażał się pan Paweł w trakcie intensywnej rozgrzewki.

- Jestem strzępkiem nerwów. Nie mogę się już doczekać startu. Przygotowywałem się ponad rok. Proszę trzymać kciuki - dla 41-letniego Krzysztofa był to pierwszy maraton w życiu.  - Mamo, biegnę dla was! - krzyczała młoda dziewczyna do rodziców stojących przy barierkach.

Na starcie przy aquaparku Fala było wczoraj mnóstwo osób. A na trasie?

Al. Kościuszki przed godz. 10. Gdyby nie grupa uczniów z balonikami i piszczałkami oraz policjanci pilnujący, by w aleję nie wjechał nikt z ul. Zamenhofa, nic nie wskazywałoby, że zaraz będzie biegł tędy maraton. - Coś o nim słyszałam, ale to już dziś? - pytała pani Kasia, nie mogąc się doczekać na zielone światło przed przejściem dla pieszych.

Pan Paweł szedł do znajomego naprawiać auto, gdy na Kościuszki pojawili się pierwsi biegacze. Wiedział o maratonie, ale - jak stwierdził - woli piłkę nożną. Starsza kobieta w wełnianej czapce szła do kościoła przy ul. Nawrot. Auto zostawiła na Wólczańskiej, bo Kościuszki - wiadomo - nieprzejezdna. Pretensji jednak nie miała. Na chwilę nawet przystanęła, by zobaczyć kolejną grupę biegaczy. - Fajna sprawa - pochwaliła.

Pierwszego łodzianina, który wyszedł z domu dla maratończyków, spotkaliśmy w pobliżu ul. Andrzeja Struga. Pan Bogdan (66 lat) robił nawet zdjęcia. - O mało co sam bym biegł - wyjawił. - Namawiała mnie bratanica startująca w półmaratonach. Trenowałem od września. Było ciężko, bo ostatni raz biegałem w wojsku z kałasznikowem i plecakiem 15 kilometrów przez pole. Niestety, niedawno naciągnąłem mięsień w nodze, a kilka dni temu jeszcze się przeziębiłem. Dlatego tylko kibicuję.

60-letnia pani Bogna przyjechała na maraton rowerem, by kibicować swojemu mężowi Patrycemu. - To ten w czerwonej czapce! - krzyknęła z dumą, gdy mijała nas kolejna grupa biegaczy. - Kilka lat temu mąż próbował przejechać rowerem w trzy dni ze Świnoujścia do Ustrzyk, ale nie dał rady. Wtedy zaczął biegać. Biega też syn. Startował nawet w Nowym Jorku.

Na ulicy Sienkiewicza przy Tuwima biegaczy obserwowali tylko przypadkowi przechodnie - jak pan Jan, który przyjechał z Łasku na chrzciny wnuka. - Zamiast po mieście powinni biegać po lesie. Czystym powietrzem oddychać, nie spalinami - dziwił się. - Pół miasta sparaliżowane z powodu wyścigu! - poparła go pani w brązowym berecie.

- No i co z tego? W normalne dni też nigdzie dojechać nie można, bo korki. Kierowcy zawsze narzekają - broniła maratonu pani Anna z pobliskiej cukierni. Nie miała klientów, więc wyszła przed sklep popatrzeć na biegaczy. - Nie tylko ja, proszę spojrzeć - pokazywała na okna pobliskiej kamienicy, z których wyglądały dwie inne panie. - Kiedyś patrzyło się na kolarzy z Wyścigu Pokoju. Ludzi było więcej. Ale maraton też dobry. Gdybym była młodsza i nie miała problemów z tarczycą, może sama spróbowałabym pobiec - zastanawiała się.

Kilkadziesiąt metrów dalej biegaczy oklaskiwał 64-letni pan Andrzej, szkolny konserwator. - W telewizji wszystkie maratony oglądam, to łódzki miałbym przegapić? Niesamowite, jak ci biegacze walczą! Skąd biorą siły? - podziwiał i pocieszał: - O maratonach w Nowym Jorku, Bostonie czy Londynie wie cały świat. Łódzki dopiero się rozkręca.

Trzecia edycja Łódź Maratonu Dbam o Zdrowie była wyjątkowa. Wystartowało najwięcej uczestników (około 4 tys.) i padło wiele rekordów. Największej sztuki dokonał Etiopczyk Belachew Ameta, który zajął pierwsze miejsce i ustanowił nowy rekord łódzkiej trasy - 2:10.01 (w ubiegłym roku zwyciężył jego rodak Tola Bane z czasem 2:11.29). Za Ametą uplasowali się Kenijczyk Stephen Kibiwot (2:10.03) oraz Etiopczyk Teferi Wodajo (2:11:22). Na czwartym miejscu dobiegł Yared Shegumo, Polak etiopskiego pochodzenia, który z czasem 2:12.13 ustanowił swoją życiówkę.  Największe emocje przeżywaliśmy, kiedy do Atlas Areny wbiegała skrajnie zmęczona Karolina Jarzyńska. 31-letnia zawodniczka od startu spisywała się rewelacyjnie. Później, niestety, osłabła. Największy kryzys przeżywała na ulicy - nomen omen - Maratońskiej. Ale czas i tak miała genialny - 2:26.44! Do rekordu Polski Małgorzaty Sobańskiej zabrakło kilkudziesięciu sekund. - Trasa świetnie przygotowana, atmosfera niezapomniana. Impreza na światowym poziomie - mówiła Jarzyńska, z trudem łapiąc oddech.