Karolina Jarzyńska, najlepsza zawodniczka Łódź Maratonu DoZ: "Jestem szczęśliwa, cudowna impreza. Ale te dziury..." [WYWIAD]

- Jestem szczęśliwa, że mogłam wziąć udział w tej imprezie. Przepraszam, że nie pobiłam rekordu Polski, ale może dokonam tego już za rok - mówi Karolina Jarzyńska, która zajęła pierwsze miejsce w trzecim łódzkim maratonie Dbam o Zdrowie.
Rozmowa z Karoliną Jarzyńską, najlepszą zawodniczką Łódź Maratonu DoZ

Damian Bąbol: Nie udało się pobić rekordu Polski (2:28.06 Małgorzaty Sobańskiej), ale i tak może być pani z siebie dumna.

Karolina Jarzyńska: Zaczęłam biec na rekord kraju ze świadomością, że mogę tego dokonać. Podjęłam ryzyko i jak widać, byłam blisko tego sukcesu. Niestety, na ul. Maratońskiej biegłam pod wiatr. Szkoda, że nie wiało w plecy, bo byłoby fantastycznie. Niestety, strasznie tam cierpiałam, bardzo bolało. Tam byłam już naprawdę zmęczona. Marzyłam o mecie, a trzeba było pokonywać długie proste. To był ten moment, w którym zgubiłam ważne sekundy. Z drugiej strony pobiłam rekord życiowy, jestem najszybszą zawodniczką, która przebiegła maraton w Polsce. Oczywiście bardzo się z tego cieszę, ale jednocześnie jestem bardzo zmęczona...

Jak ocenia pani trzecią edycję Łódź Maratonu Dbam o Zdrowie?

- Dziękuję organizatorom. Trasa była świetnie zabezpieczona i oznakowana. Wielki ukłon należy się wolontariuszom, którzy wykonali genialną robotę. Tak naprawdę to już jest pierwsza liga światowa. Jestem szczęśliwa, że mogłam wziąć udział w tej imprezie i dlatego, że właśnie z Łodzi wyjadę z rekordem życiowym. Przepraszam, że nie pobiłam rekordu Polski, ale być może za rok w łódzkim maratonie znowu spróbuję. Lubię wyzwania, właśnie skończyłam bieg na 42,195 km, a już w głowie mam następny maraton. Jeśli chodzi o moją ocenę imprezy, to jedyne, do czego mogę się przyczepić, to dziury w jezdniach. Czasami trzeba było biec slalomem. Tyle tylko, że po zimie chyba każde miasto boryka się z tym problemem. Momentami było niebezpiecznie i trzeba było uważać. Gdyby udało się je jak najszybciej załatać, to byłoby wprost fantastycznie. I nie chodzi mi teraz tylko o maratończyków, ale ogólnie o mieszkańców Łodzi.

Od startu narzuciła pani bardzo szybkie tempo. Pierwsze 10 km pokonała w 34 minuty. Nie za szybko? A może taki był właśnie plan?

- Tak naprawdę nie było żadnego planu. Przed samym startem trener [Zbigniew Nadolski - przyp. red.] powiedział do mnie "Karolina, ten dzień należy do ciebie i ty podejmujesz wszystkie próby". I tę próbę podjęłam. Zdawałam sobie sprawę z tego, że jest to szybkie tempo, ale z drugiej strony nie mogłam się tego obawiać. Jeżeli marzę o rekordzie Polski, to właśnie w takim tempie muszę zaczynać. Żadna kalkulacja nie wchodzi w grę. Wracając do biegu, to czułam się świetnie. Na piątym kilometrze trener mi pokazywał, że biegnę za szybko, ale mu odmachnęłam, że jest w porządku i wiem, co robię. Teraz zabrakło mi bardzo niewiele. Wierzę w to, że już niedługo będę w stanie nabiegać ten upragniony rekord.

Prawie od początku biegła pani samotnie, rywalki pozostały znacznie w tyle. Nie miała pani łatwego zadania...

- Zgadza się. Ale ja potrafię sobie radzić w samotności. Na trasie pomagał mi Piotr Pobłocki [były mistrz Polski w maratonie - przyp. red.], który uspokajał moje zapędy. Zostawił mnie jednak w tym najtrudniejszym momencie. Co mogę powiedzieć więcej? Jest takie powiedzenie, że życie jest jak maraton. Im bliżej końca, tym trudniej. Myślę, że wszyscy maratończycy wiedzą, o czym mówię.

Jak będzie wyglądał odpoczynek?

- Mamy z trenerem taki scenariusz, że po maratonie zawsze przez trzy dni nic nie robię, w ogóle nie biegam. Dopiero w czwartek pójdę potruchtać. Występ w Łodzi naprawdę dużo mnie kosztował. Sam pan widział, że na mecie nie mogłam w ogóle ustać. Pierwszy raz coś takiego mi się zdarzyło. To był najlepszy dowód na to, że dałam z siebie absolutnie wszystko.

W styczniu pobiegła pani maraton w Osace, teraz w Łodzi. Kiedy następny?

- Każdego roku startuję dwa razy w maratonach. Teraz zrobiłam wyjątek, ale jak widać, to był dobry pomysł, bo byłam w świetnej formie. Na pewno czeka mnie wielomiesięczna przerwa w startach na tak długim dystansie. Nie wykluczam, że późną jesienią zdecyduję się pobiec w jednym z azjatyckich maratonów.