Adam Kszczot srebro wywalczył ciężką pracą, upartością i... przesadną analizą

Adam Kszczot z RKS Łódź wywalczył srebrny medal mistrzostw świata w biegu na 800 metrów. Największy polski sukces na tym dystansie zawdzięcza ciężkiej pracy, ale też upartości i przesadnej analizie nawet... wskazówek trenera
Gdyby Kszczot we wtorek nie wywalczył w Pekinie medalu, prawdopodobnie nie darowałby sobie tego do końca swojej sportowej kariery. Nie dość, że do Chin pojechał, będąc w życiowej formie, to w finale zabrakło dwóch groźnych rywali: Botswańczyka Nijela Amosa oraz Etiopczyka Mohammeda Amana. Obaj odpadli w półfinale. Aby zdobyć upragnione złoto, łodzianin musiał pokonać głównie Bośniaka Amela Tukę oraz Kenijczyka Davida Rudishę.

Bieg zapowiadał się bardzo ciekawie i rzeczywiście był. Kszczot tym razem nie zdecydował się na prowadzenie, jak w półfinale, więc tempo nadawał Rudisha. Długo był w połowie stawki. Tam został zablokowany przez rywali, dlatego musiał ich wyprzedzać po wewnętrznej stronie toru, a to wiąże się ze sporym ryzykiem. I rzeczywiście, Kszczot nie tylko walczył na łokcie z pozostałymi biegaczami, ale także potknął się o krawężnik oddzielający bieżnię od boiska. To kosztowało go utratę rytmu i cennych ułamków sekund. Tradycyjnie zaatakował w końcówce i wyprzedził rywali, ale nie zdążył już dogonić Rudishy. Wynik 1.46,08 dał mu srebrny medal. - Niestety dwa potknięcia spowodowały, że Adam nie był w stanie już powalczyć z Rudishą. Szkoda, bo miał ogromne szanse na złoto - ocenia Paweł Czapiewski, idol Kszczota i rekordzista Polski.

Srebrny medal zdobyty przez Kszczota w Pekinie jest największym polskim sukcesem w biegu na 800 metrów. Wcześniej brąz na tym dystansie w mistrzostwach świata zdobył właśnie Czapiewski, przed 14 laty. - Nie ma żadnego smutku, cieszę się, że Adam jest lepszy ode mnie - mówi Czapiewski. - On z imprezy na imprezę udowadnia, że jest wybitnym biegaczem. Polska lekkoatletyka potrzebuje takich sukcesów, bo na razie biegi są w cieniu rzutów. Adam udowodnił, że możemy biegać na światowym poziomie.

Medale od juniora do seniora

Dla osób, które śledzą karierę Kszczota, srebro z Pekinu nie jest niespodzianką, ale naturalną koleją rzeczy. Zawodnik pochodzący ze wsi Konstantynów pod Opocznem od początku swojej przygody z bieganiem udowadniał, że ma mistrzowski potencjał. Rozpoczynał w tradycyjnych "Czwartkach lekkoatletycznych" w piątej klasie szkoły podstawowej. Tam dostrzegli go lokalni trenerzy, a pierwszym został Rafał Marszałek z gimnazjum w Mniszkowie. Naukę w szkole średniej kontynuował już w Łodzi w klasie lekkoatletycznej w XLIII Liceum Ogólnokształcącym. Wtedy też został zawodnikiem Rudzkiego Klubu Sportowego. Niewiele brakowało, a zrezygnowałby z kariery sportowej. Dla Kszczota ważna była nauka, bowiem zawsze kończył rok szkolny z czerwonym paskiem na świadectwie, a poza tym trudno było odnaleźć mu się w dużym mieście. Po namowach mamy został jednak w Łodzi i kontynuował karierę pod okiem trenera Stanisława Jaszczaka.

Z czasem Kszczot zaczął liczyć się na arenie międzynarodowej. Z mistrzostw Europy juniorów przywiózł brązowy medal, a podczas mistrzostw świata juniorów był czwarty. W wieku 20 lat pobiegł już w seniorskich halowych mistrzostwach Europy w Turynie. Na podium jeszcze nie zdołał stanąć, lecz kilka miesięcy później zdobył złoto na mistrzostwach Europy do lat 23.

Rok później, w 2010 roku był trzeci w halowych mistrzostwach świata w Dausze. Trzecie miejsce zajął również w mistrzostwach Europy w Barcelonie. Kszczot wciąż się rozwijał, a w kolejnym sezonie dwukrotnie stawał na najwyższym stopniu podium: najpierw w halowych mistrzostwach Europy w Paryżu, a następnie w młodzieżowych mistrzostwach Europy. Do tego dołożył szóste miejsce w mistrzostwach świata seniorów w Daegu.

W 2012 roku ustanowił halowy rekord Polski w biegu na 800 metrów (1.44,57), do tego wygrał pierwszy w karierze mityng Diamentowej Ligi. Wydawało się, że podczas igrzysk olimpijskich w Londynie może sprawić niespodziankę. Niestety, odpadł w półfinale.

Nie załamał się jednak i znów zaczął odnosić sukcesy. Sezon 2013 rozpoczął od obrony tytułu halowego mistrza Europy w Göteborgu. Bardzo chciał wywalczyć też medal w mistrzostwach świata w Moskwie. Wszystko szło zgodnie z planem, jednak przegrał z pechem. Na rozgrzewce przed biegiem półfinałowym skręcił staw skokowy i załamany wrócił do domu.

Niepowodzenia Kszczot odciął jednak grubą kreską i postanowił udowodnić, że jest jednym z najlepszych na świecie. Na początku ubiegłego roku zajął drugie miejsce w halowych mistrzostwach świata w Sopocie. To był tylko przedsmak prawdziwego sukcesu. W sezonie letnim we wspaniałym stylu odniósł największy sukces, jakim był triumf w mistrzostwach Europy w Zurychu.

Zimą tego roku Kszczot był faworytem do złota w mistrzostwach Europy w Pradze. Do Czech jednak nie pojechał z powodu choroby. Nie pojawił się także w finałowym biegu halowych mistrzostw Polski w Toruniu. - Muszę przeleżeć chorobę w łóżku i zacznę przygotowania do mistrzostw świata w Pekinie. Muszę się tam dobrze pokazać. Do Pekinu pojadę po medal, a najlepiej złoty - mówił wtedy Kszczot. I jak zawsze słowa dotrzymał.

Nie ufał nawet trenerowi

Kszczot jest perfekcjonistą. Jeśli czegoś się podejmuje, robi to na sto procent. Dlatego w pierwszych chwilach po zakończeniu wtorkowego biegu w Pekinie nie cieszył się przesadnie, wyglądał wręcz na przygnębionego. Bo nie wygrał. - Po minięciu mety była pustka. Dopiero po chwili spłynęły emocje i pojawił się wielki uśmiech na twarzy - przyznał zawodnik.

26-latek zawsze był wzorowym uczniem. Niedługo skończy studia na Politechnice Łódzkiej, ale teraz najwięcej czasu poświęca na trening. Dużo mówi, ale jeszcze więcej robi. Po niepowodzeniu na igrzyskach w Londynie zdecydował się zmienić trenera. - Rozstałem się z trenerem Jaszczakiem, ponieważ nie dotrzymał ustaleń. To mój oficjalny i jedyny komentarz - skomentował wówczas Kszczot.

- To nie tak, że rozeszliśmy się w złych okolicznościach. Po prostu w sporcie nie ma sentymentów. Nawet po mistrzostwach Europy rozmawialiśmy telefonicznie i nie ma żadnego zgrzytu - tłumaczył Kszczot.

Łodzianin zdecydował się rozpocząć współpracę ze Zbigniewem Królem, szkoleniowcem z sukcesami, ale kontrowersyjnym. To Król prowadził Czapiewskiego, gdy ten bił rekord Polski i zdobywał brąz MŚ w Edmonton. - To było dla mnie duże wyzwanie, ale też zaszczyt. Nie jest łatwo prowadzić zawodnika na poziomie światowym, a ja przecież zbliżam się już do trenerskiej emerytury - mówi szkoleniowiec.

I dodaje: - Na początku był bardzo badawczy w stosunku do mnie. Jak z nim rozmawiałem, nie mogłem nie mieć argumentów, nie mogłem powiedzieć czegoś nieprzemyślanego, bo by mnie wypunktował. Tu się zresztą nic nie zmieniło do dziś. Ale kiedyś sprawdzał nawet długość odcinków, po których biegał. Mówię mu, że przebiegł setkę w 11,25 s, a on: "Nieprawda, bo w 11,18 s". Więc bawił się w mierniczego.

Co więcej, Król kiedyś musiał kupić urządzenie do pomiaru mocy na ćwiczeniach siłowych, aby udowodnić Kszczotowi (lub by on sam sobie udowodnił), że dźwiganie większych ciężarów niekoniecznie oznacza lepsze efekty. Z czasem biegacz zaufał swojemu szkoleniowcowi. Dał się nawet namówić na zbicie wagi, choć wcześniej Kszczot uważał, że to go osłabia. - Dwa plus dwa w lekkoatletyce nie zawsze daje cztery - tłumaczył Król w Pekinie korespondentowi "Wyborczej". - Po kilku takich doświadczeniach Adam mi zaufał. Ostatnio już się nawet nie kłóci. Przed każdym startem długo rozmawiamy, analizujemy przeciwników, planujemy taktykę, skupiamy się na omijaniu błędów.

Kszczot: - Nie chcę marnować czasu swojego i trenera. Staram się zawsze znaleźć najlepszą drogę dojścia do dobrych wyników, stąd się bierze drążenie dziury w całym. Trener Zbigniew Król też nie jest czasami szczęśliwy, gdy po raz kolejny zadaję pytania, ale jakoś sobie z tym radzi. W spornych sytuacjach dochodzi u nas do gry argumentów. Zawsze dochodzimy do jakiegoś kompromisu. Zgadzam się, nie zawsze trzeba bardzo mocno trenować, ale moje upieranie się też przynosi czasami efekty.

To jeszcze nie koniec

Kszczot lekkoatletyczną gwiazdą w Polsce już jest, ale staje się też coraz bardziej popularny na świecie. - W Pekinie gratulowali mi nie tylko rodzina i najbliżsi, ale podchodzili do mnie także zawodnicy z innych państw - opowiada zawodnik RKS. - Udzieliłem wielu zagranicznych wywiadów. Chyba jakaś sensacja się wdała. Prawda jest taka, że to jest konkurencja bardzo widowiskowa. Dobrze się ją sprzedaje. Wszyscy doceniają ten dystans. Cieszę się, że mogę uczestniczyć w tym wszystkim.

Lekkoatleta na srebrnym medalu mistrzostw świata nie zamierza poprzestać. Jeszcze w tym sezonie chce pobić rekord Polski (1.43,22). - Rekord Polski Adamowi się należy - mówi Czapiewski. - On przebija mnie w biegu na 800 metrów pod każdym względem. Jest najbardziej utytułowanym zawodnikiem w historii, dlatego z czasem zostanie też do kompletu rekordzistą.

Łodzianin już teraz myśli też o przyszłorocznych igrzyskach w Rio de Janeiro. Po zdobyciu wicemistrzostwa świata stał się jednym z kandydatów do zwycięstwa. - Jestem szczęśliwy, że zdobyłem srebrny medal. Ale on oznacza też, że jest co poprawiać. Po tym sukcesie przede wszystkim odzyskałem wewnętrzny spokój. To była piękna chwila, wracamy jednak do rzeczywistości, bo teraz kolejne starty. Trzymajcie kciuki, żeby mi starczyło nóg w przygotowaniach do igrzysk - kończy wicemistrz świata.