"Ale się ch... cieszą", czyli ostatnie zwycięstwa Widzewa Łódź z Legią Warszawa [WIDEO]

Ostatni raz w Warszawie piłkarze Widzewa wygrali z Legią aż 15 lat temu. Przypominamy ostatnie zwycięstwa drużyny z al. Piłsudskiego ze stołecznym zespołem.

Widzew - Legia 3:2 (2:1). 15 kwietnia 2000 r.

Gole: Zając (16.), (34.), Gęsior (90.) - Czereszewski (19.), Mięciel (58.)

Widzew: Woźniak - Bogusz, Pawlak (68. Magiera), Mosór, Stolarczyk - Gęsior, Kaczmarczyk (84. A. Stesko), Gula, Szymkowiak - Poskus, Zając (88. Pińkowski)

Ostatnie zwycięstwo Widzewa z Legią. To był mecz wyjątkowy pod dwoma względami. Działacze Widzewa starali się bardzo, by oddać do użytku od dawna remontowaną trybunę pod masztami. Udało się, dzięki czemu fantastyczny pojedynek mogło obejrzeć 10 tys. kibiców. Po drugie, trenerem Legii był Franciszek Smuda, a w jego drużynie wystąpili byli widzewiacy: Rafał Siadaczka i Marek Citko. Na tego drugiego kibice gwizdali. Nie mogli mu wybaczyć kilku nieprzychylnych wypowiedzi o Widzewie. Po meczu Citko nie ukrywał złości. - Mam ogromny żal do kibiców za to, jak mnie dzisiaj potraktowali. Na tym stadionie zaczęła się moja kariera, tutaj też doznałem kontuzji. Wcale nie chciałem odejść z Widzewa, to klub się mnie pozbył - żalił się.

Bohaterem ostatniej akcji został Dariusz Gęsior, który w ostatniej minucie pokonał Zbigniewa Robakiewicza. Była 91. min i 48. s: - Zobaczyłem, że bramkarz Legii biegnie do piłki z rozstawionymi nogami. Pomyślałem, że mogę strzelić między nimi, udało się. Nie mogę się śmiać. W pierwszej połowie straciłem ząb - opowiadał po ostatnim gwizdku. A jak teraz wspomina tamto spotkanie? - To było bardzo efektowne zwycięstwo. Kiedy trafiłem do siatki, ogarnęło mnie niesamowite szczęście. Wtedy po raz kolejny nie pozwoliliśmy zdobyć Legii mistrzostwa Polski.

Widzew - Legia 3:2 (2:0). 18 kwietnia 1999 r.

Gole: Wichniarek (43.), Gula (45.), Michalski (75.) - Kucharski (56.), Mięciel (64.)

Widzew: Olszewski - Gorszkow, Łapiński, Bogusz, Michalczuk (46. Gęsior) - Michalski, Kaczmarczyk, Terlecki, Gula (62. Świętosławski) - Citko, Wichniarek

Tak, tak, to był ten sezon, który Widzew zaczął od porażki 0:5 z Ruchem Radzionków. Ostatecznie zdobył wicemistrzostwo. O drugie miejsce, które dawało szansę walki o Ligę Mistrzów (Wisła została zawieszona), walczyły Widzew, Legia i Lech Poznań. Przed kolejnym klasykiem drużyna Marka Dziuby miała tylko dwa punkty przewagi nad drużyną z Warszawy. - Wiedzieliśmy, że każde potknięcie oddalałoby nas od celu, jakim było zdobycie wicemistrzostwa, dlatego ten pojedynek był dla nas podwójnie ważny - wspomina Sławomir Gula, strzelec gola na 2:0. Wcześniej na prowadzenie wyprowadził Widzew Wichniarek. Po przerwie do pracy wzięli się też legioniści i szybko wyrównali (Kucharski i Mięciel). Zwycięstwo zapewnił widzewiakom Radosław Michalski, który z ostrego kąta pokonał Grzegorza Szamotulskiego. - Mogliśmy wtedy położyć Legię na łopatki, ale niestety, Radek nie wykorzystał rzutu karnego - wspomina Gula.

Widzew - Legia 1:0 (0:0). 20 maja 1998 r.

Gol: Szarpak (55.)

Widzew: Onyszko - Bogusz, Terlecki, Siadaczka, Szymkowiak - Gęsior, Zając, Czajkowski (37. Sałaciński), Szarpak (89. Kubiak), Kobylański, Wichniarek (29. Ludwikowski)

"Jeeeest, jeeeest, był Piotr Szarpak, jeeeest bramka (...). Przepiękne, czyściutkie, celniutkie uderzenie Piotrusia Szarpaczka i jeeden do zeraaa prowadzi Widzew, który, przypomnę, gra w dziesiątkę (...) Nooo, Legia w tej chwili potężnie skarcona" - komentarz Mikołaja Madeja w TVP3, podobnie jak słynny Tomasza Zimocha z meczu z Broendby Kopenhaga, przeszedł do historii.

To był dziwny mecz. Widzew i Legia nie miały już szans na tytuł (prowadził ŁKS). Zaczęło się od protestu widzewiaków, którzy z opóźnieniem wyszli na rozgrzewkę. Powodem były coraz większe zaległości finansowe. W 29. min czerwoną kartką - niesłusznie - został ukarany Arkadiusz Onyszko. Według sędziego Marka Mikołajewskiego (po tym meczu został zawieszony) sfaulował w polu karnym Jacka Magierę. Onyszkę zastąpił Marcin Ludwikowski, a z boiska zszedł Artur Wichniarek. Dariusz Czykier nie wykorzystał karnego. W 55. min gospodarze wyprowadzili zabójczą kontrę. Andrzej Kobylański wycofał piłkę do Piotra Szarpaka, który oddał chyba najsilniejszy strzał w życiu. Kibice oszaleli ze szczęścia. - Piłka naszła mi na nogę i trafiłem, nie można było jej obronić - wspomina strzelec gola. - To był jeden z tych meczów, których na pewno nie zapomnę. Pamiętam, że zwycięstwo smakowało naprawdę wyjątkowo. Pokazaliśmy wielki charakter.

Legia - Widzew 2:3 (1:0). 18 czerwca 1997 r.

Gole: Kucharski (11.), Czereszewski (57.) - Majak (86.), Gęsior (88.), Michalczuk (90.)

Widzew: Szczęsny - Szymkowiak, Łapiński, Bogusz (72. Szarpak), Michalczuk - Gęsior, Miąszkiewicz (65. Curtian), Michalski, Siadaczka - Majak, Dembiński

O tym meczu zostało już chyba napisane i powiedziane niemal wszystko. W pięć minut Warszawa zamarła, a Łódź oszalała ze szczęścia. Widzew po raz drugi z rzędu wywalczył tytuł mistrza Polski. Na tym pamiętnym meczu obecny był Jarosław Bińczyk, dziennikarz ?Gazety Wyborczej? i Łódź.sport.pl. Oto jak wspomina tamten pojedynek: ?Po pierwszym golu dla łodzian podszedł do mnie kolega dziennikarz ze stolicy i stwierdził, że ten Widzew jakiś dziś słaby. Po trafieniu Sylwestra Czereszewskiego zapytał z udawaną troską: - Co się dzieje z tą waszą drużyną? W czasie przerwy spowodowanej kontuzją sędziego wyglądał na wniebowziętego. Gdy Sławomir Majak pokonał Grzegorza Szamotulskiego, wciąż się uśmiechał, choć na jego twarzy widać było ślady nerwów. Po strzale Dariusza Gęsiora wyglądał na człowieka, który stracił właśnie kogoś bliskiego, zaś po bramce Andrzeja Michalczuka zniknął! Odezwał się do mnie kilka dni później, ale o meczu sam nie wspomniał.

Schodząc z trybuny prasowej (szło się wąskimi schodami obok warszawskich kibiców), usłyszałem: - Ale się ch... cieszą. Chyba jedyny raz w życiu nazwanie mnie ch... nie sprawiło mi przykrości. Wtedy to był komplement.

Widzew - Legia 1:0 (0:0). 16 listopada 1996 r.

Gol: Dembiński (80.)

Widzew: Szczęsny - Wojtala, Łapiński, Bogusz, Szymkowiak (72. Wyciszkiewicz) - Michalski, Czerwiec, Majak, Michalczuk - Citko, Dembiński

Stawką meczu było mistrzostwo jesieni. Liderem była Legia (35 punktów), tuż za nią Widzew (34). Drużyna Franciszka Smudy rywalizowała w tym czasie w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Miała za sobą wygrany mecz ze Steauą Bukareszt, a za cztery dni czekało ją rewanżowe spotkanie z Borussią Dortmund. W Widzewie grało dwóch legionistów, którzy latem przeszli do Łodzi: Maciej Szczęsny i Radosław Michalski. Gola na wagę mistrzostwa rundy dziesięć minut przed końcem zdobył Dembiński. Sławomir Majak, jeden z bohaterów tamtego spotkania, pamięta, że to był bardzo zacięty pojedynek. - Mimo że padło mniej goli niż w rewanżu, to jednak uważam, że to spotkanie stało na zdecydowanie wyższym poziomie niż niezapomniany horror w Warszawie - opowiada Majak. - Obie drużyny zagrały na całość, nie kalkulowały. Pamiętam nieprawdopodobny szał, euforię na trybunach, kiedy Jacek najpierw efektownie ominął Szamotulskiego i strzelił do pustej bramki. To był nasz jeden z najlepszych meczów w tej rundzie. Zagrałem w dwóch meczach z Legią, ale często do nich wracam.

Legia - Widzew 1:2 (0:0). 22 maja 1996 r.

Gole: Wieszczycki (55.) - Koniarek (68.), Szarpak (83.)

Widzew: Widzew: Woźniak - Bogusz , Łapiński , Jaskulski , Michalczuk - Szarpak (88. Miąszkiewicz), Wyciszkiewicz, Czerwiec, Siadaczka - Citko, Koniarek

Widzew i Legia walczyły wtedy o tytuł tak jak teraz Real i Barcelona. Łodzianie prowadzeni przez nieznanego w Polsce Franciszka Smudę poprzedni sezon zakończyli na drugim miejscu. Mimo to prawie nikt - poza Łodzią - nie dawał im szans w walce z ćwierćfinalistą Ligi Mistrzów (zarobił wtedy 8 mln dolarów). Legia to był wówczas polski dream team. Jej piłkarze za trzeci z rzędu tytuł mieli obiecane 200 tys. dolarów nagrody. Na trybunach zapłonęły race i wybuchły petardy (wtedy jeszcze dozwolone), warszawscy kibice szaleli z radości. Prezydent Kwaśniewski bił brawo, a Ryszard Czarnecki (teraz członek PiS, wówczas ZChN, a później Samoobrony) podskakiwał, a aktor Stefan Friedmann tańczył. Byli pewni wygranej, bo ich Legia w sezonie wygrała u siebie wszystko - 15 spotkań.

Ale na Widzew nie było mocnych. - Nie wiem, skąd oni brali siły. Gdy przyjmowałem piłkę, wokół mnie nie było nikogo. Za chwilę otaczało mnie dwóch, trzech łodzian - opowiadał Leszek Pisz. 12 minut po stracie gola pod bramkę Legii wybrał się Tomasz Łapiński. Na 18. metrze kapitan Widzewa dostał piłkę od Rafała Siadaczki i zagrał do czającego się Koniarka. - Panie Marku, zdobędzie pan dzisiaj bramkę? - pytał go przed meczem dziennikarz. - A po co innego bym tu przyjechał? - odpowiadał najlepszy strzelec ekstraklasy. Poczekał, aż Maciej Szczęsny rzuci się w lewą stronę, i spokojnie kopnął w przeciwną.

Drugi gol był tylko kwestią czasu. Wypracował go Siadaczka, który minął legionistów, dośrodkował, a piłkę głową wbił do siatki Piotr Szarpak, jedyny łodzianin w składzie Widzewa. To wtedy młoda kobieta siedząca wśród miejscowych fanów nie wytrzymała i z nerwów zaczęła płakać. Kibicowała Widzewowi. - Proszę nie płakać, zostało jeszcze z dziesięć minut. Jeszcze nie wszystko stracone - pocieszali ją sąsiedzi. Musiała wyjść ze stadionu jeszcze przed ostatnim gwizdkiem. Nic dziwnego - była żoną Marka Koniarka.

Widzew - Legia 2:0 (0:0). 4 października 1992 r.

Gole: Koniarek (62.), Miąszkiewicz (64.)

Widzew: Wojdyga - Godlewski (46. Wyciszkiewicz), Łapiński, Bajor, Jóźwiak - Myśliński, Iwanicki, Miąszkiewicz, Cisek - Koniarek, Michalczuk (79. Czerwiec).

Trzy dni wcześniej wydarzyła się jedna z największych katastrof w historii klubu z al. Piłsudskiego. Widzewiacy doznali najbardziej wstydliwej, upokarzającej porażki w występach w europejskich pucharach. W Pucharze UEFA przegrali na wyjeździe z Eintrachtem Frankfurt 0:9. To spotkanie na żywo oglądał Janusz Wójcik, wówczas trener Legii. - Pamiętam, że po meczu rzucił coś w stylu, że jego Legia rozniesie nas w pył i powtórzy wynik Eintrachtu - wspomina Koniarek. - Nigdy nie zapomnę odprawy przed tym meczem. Była najkrótsza w mojej karierze. W szatni cisza jak makiem zasiał. Każdy skupiony, zmobilizowany do granic możliwości. Przelatująca mucha byłaby słyszana. Trener Żmuda pojawił się na chwilę. Podał tylko skład, powiedział, że mamy chyba coś do udowodnienia, i wyszedł. Gdy staliśmy w tunelu, widzieliśmy uśmieszki na twarzach legionistów. Byli bardzo pewni siebie.

Najlepszy snajper w historii klubu z al. Piłsudskiego pamięta, że najbardziej obawiał się reakcji kibiców. - Baliśmy się gwizdów, drwin z ich strony. Przypuszczaliśmy, że tego dnia możemy nie mieć wsparcia. W końcu po takiej klęsce wszystko było możliwe. Ale kiedy wybiegaliśmy już na rozgrzewkę, usłyszeliśmy chyba najgłośniejsze "RTS!" "RTS!", jakie pamiętam. I wszystko stało się jasne. Każdego z nas przeszły dreszcze, zadrżały nam nogi, ale poczuliśmy się mocniejsi. Nie zawiedliśmy.